Deklaracja Dominus
Iesus w rozdziale III, poświęconym
jedyności i powszechności zbawczej
tajemnicy Jezusa Chrystusa, w punkcie
13 stwierdza: "Wielokrotnie
stawia się też tezę, która
zaprzecza jedyności i powszechności
zbawczej tajemnicy Jezusa Chrystusa.
To stanowisko nie ma żadnej podstawy
biblijnej. Należy bowiem wyznawać
stanowczo, jako niezmienną naukę
wiary Kościoła, prawdę o Jezusie
Chrystusie, Synu Bożym, Panu i jedynym
Zbawicielu, który przez wydarzenie
swojego wcielenia, śmierci i zmartwychwstania
doprowadził do końca historię
zbawienia, mającą w Nim swoją pełnię
i centrum.
Potwierdzają to jednoznacznie świadectwa
nowotestamentowe: Ojciec zesłał
Syna jako Zbawiciela świata (1J 4,14);
(Dz 4,12). Ten sam apostoł dodaje
ponadto, że Jezus Chrystus jest
Panem wszystkich, i że Bóg ustanowił
Go sędzią żywych i umarłych,
dlatego każdy kto w Niego wierzy,
przez Jego imię otrzymuje
odpuszczenie grzechów (por. Dz 10,36.42.43).
Rozdział IV Dominus Iesus, poświęcony
jedności i jedyności Kościoła, w punkcie
16 stwierdza natomiast: "Pan
Jezus, jedyny Zbawiciel, nie ustanowił
zwyczajnej wspólnoty uczniów, lecz
założył Kościół jako tajemnicę
zbawczą. On sam jest w Kościele, a Kościół
jest w Nim (J 15,lnn.; Ga 3,28; Ef 4,15-16;
Dz 9,5), dlatego pełnia tajemnicy
zbawczej Chrystusa należy także do
Kościoła, nierozerwalnie złączonego
ze swoim Panem. Jezus Chrystus bowiem
nadal jest obecny i prowadzi swoje
dzieło odkupienia odkupienia w Kościele
i poprzez Kościół (por. Kol 1,24-27),
który jest Jego Ciałem (por. 1 Kor
12,12-13.27; Kol 1,18). Tak jak głowa
i członki żywego ciała, chociaż
nie są tożsame, są nierozdzielne,
tak również Chrystusa i Kościoła
nie należy utożsamiać, ale nie można
też oddzielać, stanowią bowiem
jedynego . Ta sama nierozdzielność
jest wyrażona w Nowym Testamencie
także przy pomocy analogii Kościoła
jako Oblubienicy Chrystusa (por. 2
Kor 11,2; Ef 5,25-29; Ap 21,2.9)".
Przed publikacją Dominus Iesus
oficjalny dokument Papieskiego
Komitetu Obchodów Wielkiego
Jubileuszu Roku 2000[1],
wydany pod tytułem Jezus Chrystus,
jedyny Zbawiciel świata, teraz, dziś
i na wieki (por. Hbr 13,8), zawiera
podobne stwierdzenia. "Jest to
najważniejsze twierdzenie naszej
wiary w Jezusa Chrystusa. Oznacza
ono, że zbawcza wola Boga w stosunku
do całej ludzkości objawiła się i zrealizowała
w jedyny i ostateczny sposób w tajemnicy
Jezusa i we wspólnocie Jego Kościoła
- sakramencie zbawienia w historii"[2]
. Autorzy powyższych
dokumentów nie widzą żadnej trudności,
stawiając na równi - przynajmniej językowo
- zbawczą wolę Boga zrealizowaną w Jezusie
Chrystusie oraz tę realizującą się
w Jego Kościele. Dla teologii
systematycznej ukierunkowanej
ekumenicznie kwestia zbawczej woli
Boga zrealizowanej w sposób jedyny
i ostateczny w Jezusie Chrystusie
oraz Kościele jako sakramencie
zbawienia nie jest jednak pozbawiona
charakteru problemu, który sięga
czasów reformacji. To właśnie
reformatorzy wyraźnie sformułowali
zasadę solus Christus i postawili
problem, który - abstrahując od
pewnych indywidualistycznych czy
subiektywistycznych ruchów średniowiecza
- nie był nigdy przedtem przedmiotem
bezpośredniego zainteresowania
chrystologii: czy Kościół może być
rozumiany jako instytucja zbawcza[3].
Na niniejszy artykuł złożą się:
wprowadzenie w problematykę,
egzemplifikacja problemu w myśli
Marcina Lutra i w orzeczeniach
Soboru Trydenckiego, próba
krytycznej analizy stanowisk, nowe
rozwiązania problemu w dialogu
katolicko-luterańskim oraz wnioski
końcowe.
Działalność Kościoła
w późnym średniowieczu w wielu
wypadkach nie dorastała do potrzeb i oczekiwań
wiernych. Liczni chrześcijanie nie
znajdowali w Kościele duchowego
schronienia. Dość powszechnym
odczuciem ludzi średniowiecza był
strach przed wiecznym zatraceniem. W poszukiwaniu
własnego zbawienia Kościół nie
wydawał się niektórym być
instancją dającą wystarczające
gwarancje na uzyskanie życia
wiecznego. Dla pojedynczego wiernego,
duchowo osamotnionego, jedynie Jezus
Chrystus mógł stanowić punkt
orientacji w wierze. Chrystologiczna
koncentracja nie stanowi zresztą
niczego nadzwyczajnego. Takie myśli
są typowe dla każdej biblijnie
ugruntowanej teologii. Zbawienie
pojedynczego człowieka i całej
ludzkości związane jest przecież z Jezusem,
a nie z żadną inną instancją.
Począwszy od pism
Nowego Testamentu, poprzez patrystykę
i średniowiecze, niezmiennie
przyjmowano, że Jezus Chrystus
obecny jest w małej czy wielkiej
wspólnocie zgromadzonej w Jego imię,
w Kościele lokalnym i w Kościele
powszechnym. Wierzono też, że można
Go spotkać w pośrednicząco-zbawczym
działaniu sakramentów. W późnym
średniowieczu zaczyna się jednak
tworzyć swoista diastaza, przedział
pomiędzy podmiotem wierzącym a "obiektywnością
wiary" - prawdami podawanymi
przez Kościół do wierzenia. Z upływem
czasu doprowadza to niektórych do
odrębnego przeżywania Chrystusa i Kościoła.
Subiektywnie i indywidualistycznie
nastawione ruchy średniowiecza,
mistyka i naśladowanie Jezusa
doprowadziły do zaostrzenia tej
polaryzacji. W ruchach tych
obserwuje się zjawiska pewnego
dystansowania się od Kościoła,
"transcendowania", a także
już i radykalnej krytyki Kościoła.
Reakcją czy też obroną
niejednokrotnie był atak kościelnych
instancji na te fenomeny.
Czasy nowożytne od
samego początku w swej krytyce Kościoła
postawiły problem chrystologiczny i soteriologiczny.
Podstawowe principia reformacji:
solus Christus, sola fides, sola
gratia i sola scriptura były
skierowane przeciwko konkretnemu Kościołowi,
tzn. Kościołowi rzymskiemu. Nowa
"subiektywna chrystologia",
która opierała się na podstawowych
zasadach protestantyzmu, chrystologia
wychodząca od podmiotu, postawiła
pod znakiem zapytania ówczesną
katolicką eklezjologię. Tym samym
eklezjologia stała się jednym z centralnych
problemów chrystologicznych.
Kościoły w okresie
reformacyjnym i poreformacyjnym stanęły
przed pytaniem, w jakiej mierze
"historyczne instancje"
partycypują w obiektywności
zbawienia? Jeżeli wiara jest czymś
obiektywnym, bo wychodzi dzi i opiera
się w pierwszym rzędzie na danych
Objawienia i na Odkupieniu, to czy
historia nie posiada żadnego
soteriologicznego znaczenia, gdyż
wszystko ugruntowane jest w odwiecznym
planie Boga? Czy wiara pojedynczego
człowieka posiada jakąś
historyczno-soteriologiczną wartość
lub też Kościół i jego
sakramenty w zupełności wyczerpują
pośredniczącą rolę w zbawieniu
dokonanym przez Boga? W jaki sposób
oddziałuje ta obiektywna zbawcza
wola Boga w historii, czy tylko
chrystologicznie - jedynie w Jezusie
Chrystusie, czy też chrystologiczno-eklezjologicznie,
tzn. w Jezusie Chrystusie i poprzez
Kościół?
Kościoły powstałe
wskutek reformacji były przekonane,
iż mówienie o soteriologicznie pośredniczącej
roli Kościoła w jedynym pośrednictwie
Chrystusa sprzeciwia się jedyności
zbawczego pośrednictwa Jezusa
Chrystusa, podważa lub przynajmniej
osłabia wiarę w Chrystusa. W odpowiedzi
Kościół katolicki próbował wiązać
chrystologię z eklezjologią, mówiąc
o drugorzędnej zbawczej roli Kościoła.
Nowożytne chrześcijaństwo
we wszystkich swoich odłamach musiało
zająć stanowisko, negatywne lub
pozytywne, w stosunku do katolickiej
nauki o zbawczej roli Kościoła. Można
nawet stwierdzić, że powstałe w okresie
nowożytnym wyznania chrześcijańskie
różnią się ostatecznie w swych
podstawach chrystologicznych, każde
reprezentuje bowiem swój własny,
specyficzny charakter chrystologii,
zwłaszcza specyficzny charakter
stosunku chrystologii do eklezjologii.
Koncepcje
chrystologii usprawiedliwienia wpływały
na rozumienie Kościoła, na kształtowanie
się poreformacyjnych wyznań i formowanie
się nowych eklezjologii.
Kiedy Marcin Luter
coraz bardziej pogrążał się w świadomości
grzechu, to nie był on - jak wiemy -
poganinem. Więcej jeszcze, był
mnichem przestrzegającym przykazań
Bożych i kościelnych, żyjącym
regułą swego zakonu, korzystającym
z wszystkich środków zbawienia, które
przepisy zakonne nakazywały. Mimo
bogactwa środków: sakramentów,
norm etycznych, praktyk pokutnych,
dobrych uczynków itp. nie mógł
uspokoić swego sumienia. Dopiero olśniewająca
myśl z Listu do Rzymian o wyłączności
Bożego usprawiedliwienia przez
Jezusa Chrystusa pozwoliła mu uwolnić
się z "niewoli Prawa".
Ten chrystologiczny przełom uwolnił
go od strachu przed potępieniem,
pozwolił mu odnaleźć łaskawego
Boga. Odtąd jako grzesznik czuł się
usprawiedliwiony. Temat "Kościół"
nie wpłynął więc na jego doświadczenie
usprawiedliwienia, o wiele bardziej
zadziałał pewien wewnętrzny moment.
Dla Lutra zdanie się
jedynie na Jezusa Chrystusa wydawało
się negować lub przynajmniej podważać
potrzebę instancji pośredniczących[4].
Redukcja własnej aktywności jedynie
do wiary (i to przez Boga darowanej)
podważała znaczenie działania
obliczonego na zasługi życia
wiecznego. Koncentracja jedynie na łasce
wykluczała potrzebę jakiejkolwiek
normy. Konkretny Kościół jako
instytucja zbawcza nie tylko utracił
dla niego swoje znaczenie, ale został
nawet negatywnie postrzegany na tle
jedynie potrzebnej wiary w Jezusa
Chrystusa. Należy zauważyć, że to
postawienie konkretnego Kościoła
jako problemu dla subiektywnej
chrystologii usprawiedliwienia nie było
czymś nowym. Już mistyka i tradycja
radykalnego naśladowania Jezusa (najpóźniej
od średniowiecznych ruchów żebraczych)
miały podobne doświadczenia. W swojej
krytyce Luter miał się więc na
kogo powołać.
Reformator naturalnie
ani nie mógł, ani nie chciał
przekreślać prawa Kościoła do
istnienia, przeciwko takiemu
stanowisku przemawiało bowiem Pismo
święte i cała Tradycja. Jednakże,
jego zdaniem, Kościół musi być
jednoznacznie ugruntowany
chrystologicznie, musi być creatura
verbi[5].
Cała rzeczywistość i życie Kościoła
są zakotwiczone w Słowie[6],
w żadnym wypadku Kościół nie
jest "matką Słowa"[7].
Kościół składa się z grzeszników,
którzy jedynie przez Jezusa
Chrystusa zostali usprawiedliwieni.
Do konkretnego Kościoła należą
jednak nie tylko usprawiedliwieni,
ale także inni, którzy tylko zewnętrznie
są jego członkami. Luter sięga do
starego, pochodzącego z myśli
greckiej, rozróżnienia na ecclesia
spiritualis lub invisibilis i ecclesia
visibilis. Ten ostatni Kościół
jest społecznością
usprawiedliwionych i nieusprawiedliwionych,
jest pewnym corpus permixtum. Luter
był przekonany, że jeżeli
konkretny Kościół zaciemnia jedyne
zbawcze pośrednictwo Chrystusa, to
takiemu Kościołowi należy się
przeciwstawić, bo on przestał być
prawdziwym Kościołem.
Konsekwencją
chrystologii Lutra, wynikającą z radykalnego
przyjęcia zasady solus Christu,
musiało być odrzucenie wszelkich
instancji pośredniczących. "Realnie
egzystujący" Kościół nie miał
właściwie prawa bytu. Tylko dzięki
bezpośredniej relacji jednostki do
Chrystusa i Boga mogła funkcjonować
zasada, iż usprawiedliwia jedynie
wiara w Chrystusa, czyli że jedynie
Chrystus usprawiedliwia. Na
jakiekolwiek drugorzędne pośrednictwo
w jedynym pośredniku Jezusie
Chrystusie nie było miejsca.
Akceptując powyższy
pogląd, Luter stanął przed trudnością.
Wprawdzie Jezus Chrystus, który także
w swym ludzkim wymiarze partycypuje
we wszechobecności (ubiquitas) Boga,
jest w duchowy sposób obecny w naszych
sercach, ale nie znaczy to, iż spełnia
On w tym wypadku funkcję pośredniczącą,
dzięki której my Go znamy i przyjmujemy.
On jest nam znany dlatego, że przed
wieloma wiekami żył na ziemi. Właśnie
to powiązanie "wywyższonego"
Pana z ziemskim Jezusem było od
samego początku podstawą dla kształtowania
się Tradycji, Pisma i wszelkich
innych eklezjalnych elementów.
Faktycznie Jezus Chrystus zostaje
poznany przez pojedynczego wiernego
dzięki Kościołowi, dzięki
przepowiadanemu Słowu i sakramentom,
które ze swej strony znów potrzebują
instytucjonalnego zabezpieczenia.
Luter jako biblista
wiedział, że przyjmując solus
Christus, nie może pominąć Kościoła
i istotnych jego funkcji. Problem
potrzeby "narzędzi zbawienia"
w stosunku do jedynego
usprawiedliwiającego Pośrednika próbował
rozwiązywać, wskazując po pierwsze
na pewne wewnętrzne kryterium we
wszystkich kościelnych formach pośrednictwa:
one służą zbawieniu, jak długo służą
Chrystusowi. Po drugie, Luter
dokonuje redukcji istotnych funkcji i zadań
Kościoła. Tylko głoszenie słowa
Bożego i sprawowanie sakramentów
jest niezbędne. Niezbędne wszakże
nie jako kościelne czynności, ale z tego
powodu, że przez nie działa bezpośrednio
sam Jezus Chrystus. W tych granicach
jednak "przekaz Kościoła"
staje się "słowem Jezusa
Chrystusa", zaś "sakramenty
Kościoła" nabierają rangi
"sakramentów Jezusa Chrystusa".
Po trzecie, reformatorowi wydawało
się, iż znalazł także historyczne
kryterium, które jest normą dla
chrześcijańskości słowa i sakramentów.
Jest nim Pismo święte. Nie znał on
jeszcze - co dopiero odkryło oświecenie
- eklezjalnego wymiaru Pisma,
sprowadzał jego powstanie wyłącznie
do inspiracji Ducha Świętego. Mając
do dyspozycji normę biblijną, mógł
osądzać, gdzie jedynie Chrystus
jest przepowiadany, a gdzie nie. Ta
historyczna redukcja do czasów
apostolskich pozwoliła mu wszystkie
późniejsze tradycje uznawać za
"przekazy ludzkie"[8].
Sumując, można
stwierdzić, że eklezjologia należy
do istotnych elementów
subiektywistycznej chrystologii
odkupienia Marcina Lutra. Sama
chrystologia czy nawet implikacje
jego chrystologicznych założeń nie
doprowadziły do podziału w Kościele
Zachodnim. Negatywny wpływ wywarły
dopiero eklezjalne konsekwencje tej
chrystologii.
Zdumiewać może, że
Sobór Trydencki w ogóle nie podjął
problematyki teologii Kościoła,
mimo iż właśnie ona była
przedmiotem reformacyjnego sporu.
Rozważano wprawdzie niektóre szczegółowe
kwestie eklezjologiczne, przede
wszystkim z zakresu sakramentologii,
czy stosunek Pisma do Tradycji, ale i
w przypadku sakramentologii skupiono
się na poszczególnych sakramentach,
a mniej na ich teologicznych
podstawach[9].
Przy sakramencie kapłaństwa
poczyniono np. pewne uwagi na temat
kościelnego urzędu, ale sprawę
papiestwa - mimo że był to wówczas
temat bardzo kontrowersyjny - pominięto,
co można tłumaczyć tym, że
zagadnienie papiestwa należało
jeszcze wówczas, jak i w całym średniowieczu,
bardziej do kanonistyki niż do
teologii. Dopiero I Sobór Watykański
1869/70 (z dogmatami o papiestwie) a właściwie
II Sobór Watykański dał pełniejszy
zarys katolickiej eklezjologii.
Kanony Soboru
Trydenckiego zakończone są formułą
anathema sit. Tym samym formułowana
przez Sobór nauka już od strony
formalnej miała - według soborowych
ojców - odniesienia do zbawienia człowieka.
Sobór Trydencki
stosuje specyficzny sposób
argumentacji w kwestiach związanych
z usprawiedliwieniem i jedynym pośrednictwem,
np. usprawiedliwienie jest wolnym
czynem jedynie samego Boga przez
Jezusa Chrystusa, jak i również
jest ono związane z chrztem lub
przynajmniej jego pragnieniem[10],
i tak również chrzest jest
konieczny do zbawienia (necessarium
ad salutem)[11],
konieczne do zbawienia są też i inne
sakramenty, a sama wiara nie
wystarczy[12].
Inny przykład: chociaż Jezus
Chrystus przez swoją śmierć na
krzyżu ofiarował się swemu Ojcu i tak
nas odkupił, to polecił również
składać Ofiarę na swoją pamiątkę.
Jest to prawdziwa Ofiara, którą Kościół
na sposób znaku, na sposób
sakramentalny, ponawia[13].
Jeszcze inny przykład: chociaż
wszystkie sakramenty są z ustanowienia
Chrystusa i muszą mieć
chrystologiczne uzasadnienie, to
zdogmatyzowano również stosunkowo młodą
kościelną naukę o siedmiu
sakramentach[14],
która nie ma chrystologicznego
uzasadnienia. Można by mnożyć
przykłady, gdzie zastosowano
specyficzną strukturę "jak i również".
U podstaw powyższych
stwierdzeń leży przekonanie, że Kościołowi,
jak i jego pośredniczącym
strukturom, przysługuje pewna "zbawcza
konieczność" lub przynajmniej
"zbawcza pożyteczność".
Prawdopodobnie Sobór Trydencki formułując
swoje kanony, nie widział
najmniejszej sprzeczności między
nimi a nauką o jedynym i konstytutywnym
zbawczym pośrednictwie Jezusa
Chrystusa, a nawet dostrzegał
pewien związek. O tym, jak te dwa
typy stwierdzeń mają się do
siebie, Sobór się nie wypowiedział.
Nie wypowiedział się, gdyż właśnie
nie było żadnej tematycznej
dyskusji dotyczącej eklezjologii. Po
prostu uważano: tak jest, czy też:
tak musi być. Zarówno w odniesieniu
do kwestii: Jezus Chrystus a Kościół
i sakramenty, jak i: wiara a sakramenty,
Trydent akceptuje dialektyczne typy
wypowiedzi posługujące się
strukturą "jak i również",
czyli "to, jak i również
tamto".
Od czasów
nowotestamentalnych chrystologiczne
formuły wyznają zbawcze pośrednictwo
Jezusa. Ścisła więź soteriologii
z Jezusem z Nazaretu, z Jezusem
historii, czyniła niezbędnymi
dalsze historyczne figury pośredniczące;
powstawały pierwsze wspólnoty uczniów
- Kościół, w którym tradycję o Jezusie
jako Chrystusie przekazywano w nauczaniu
liturgicznym, teologicznym, etyce,
zachowaniu socjalnym, w sztuce, a także
zabezpieczano ją w pewnym stopniu
instytucjonalnie. Różne struktury
pośredniczące, a ich ilość
wzrastała, otwierały ludziom możliwość
poznania Jezusa, doświadczania Go,
jak i równocześnie utrudniały dojście
do Niego w Jego Boskiej naturze właśnie
ze względu na Jego historyczny,
ziemski charakter.
Powstanie Kościoła
ze wszystkimi jego następstwami jest
konsekwencją chrześcijańskiej
wiary w Jezusa Chrystusa. Kościół
okazuje się faktycznie niezbędny,
konieczny, jeśli ma być rzeczywiście
zachowana więź i kontynuacja między
Jezusem a Chrystusem. Tak to przez
wieki rozumiano i to "pośrednictwo
w Pośredniku" nie stanowiło
żadnego problemu; Kościół
partycypował w zbawczym dziele
jedynego Pośrednika-Chrystusa i tym
samym sam otrzymywał pewne
soteriologiczne znaczenie.
Ta nie w pełni i nie
do końca zreflektowana funkcja pośrednictwa
Kościoła na przełomie czasów średniowiecza
i nowożytności stała się - jak
to już wspomniano - przedmiotem nie
tylko intensywnego zainteresowania,
ale i krytyki. Subiektywizm ówczesnej
chrystologii usprawiedliwienia
wymuszał odpowiedź na pytanie o soteriologiczną
wartość, funkcję tej przestrzeni,
jaka jest pomiędzy pojedynczym człowiekiem
wierzącym a Jezusem Chrystusem,
przestrzeni, którą faktycznie
zajmuje Kościół. Podstawowa zasada
solus Christus nie mogła być przy
tym podważona, zaś autonomiczność
soteriologicznej funkcji Kościoła z góry
wykluczona.
Wyraźne sformułowanie
i faktyczne przyjęcie zasady "solus
Christus" nie rozwiązywało
jednak problemu. Kościół także po
wystąpieniach reformatorów istniał
przecież dalej, a jego główne
zadania: głoszenie słowa Bożego,
sprawowanie sakramentów itd. musiały
być kontynuowane. W dalszym ciągu
na odpowiedź czekało pytanie: czy
faktycznie realizowane funkcje,
zadania Kościoła oraz sposób ich
realizacji odpowiadają podstawowej
soteriologicznej zasadzie solus
Christus?
Wyznania chrześcijańskie
(każde z osobna) mają swój własny
stosunek do zagadnienia
soteriologicznego pośrednictwa.
Pozycję Lutra i luteran można by
tak opisać: odrzucają wszelką
soteriologiczną funkcję Kościoła.
Instancje pośredniczące, których
nie można odrzucić lub nie zauważyć,
zostają "odkościelnione",
tzn. zostają zinterpretowane w kategoriach
nieeklezjalnych, mimo ich faktycznego
charakteru eklezjalnego.
Sobór Trydencki
przyjmuje przeciwną pozycję.
Syntetyzująco lub dopełnieniowo
eklezjalne pośrednictwo wiąże z treścią
zasady solus Christus, ale nie stroni
od mówienia o soteriologicznej
funkcji Kościoła[15].
Dla katolików Kościół pozostaje
instancją zbawczą - wprawdzie nie
dzięki własnej mocy, ale z ustanowienia
Jezusa Chrystusa i dzięki Jego mocy.
W ten sposób też, chociaż nie
pojedyncze eklezjalne figury pośredniczące
zostają wprost chrystologicznie związane
i ugruntowane, tylko Kościół jako
całość, to jednak pośrednio także
i one.
Dziś można by nawet
powiedzieć, że podstawowa
soteriologiczna zasada, mówiąca o usprawiedliwieniu
jedynie w Jezusie Chrystusie
interpretowana w ramach struktury
"jak i również" ma
ekumeniczny charakter. Ona wcale nie
musi przekreślać lub nie uwzględniać
eklezjalnego wymiaru pośrednictwa.
Pozwala mówić o chrystologicznej
bazie sakramentów: Jezus Chrystus
ustanowił sakramenty; ponieważ zaś
Bóg działa w nich, działają one
ex opere operato. Podobnie na gruncie
chrystologicznym można powiedzieć,
że święci są świętymi dzięki
łasce Jezusa Chrystusa. Protestanci
obawiają się jednak, że sakramenty
święci zdobywają w praktyce w pewnym
stopniu własną dynamikę, która często
realizuje się bez uwzględniania
jedynego, który usprawiedliwia -
Jezusa Chrystusa. To niebezpieczeństwo
pośredniczącego usamodzielnienia się
Kościoła i jego elementów
pozostaje zwłaszcza w katolicyzmie,
gdzie najwyraźniej funkcjonuje
wspomniana zasada.
Luter jak i Trydent
faktycznie przyjmują solus Christus
jako podstawową soteriologiczną
zasadę; różnią się, kiedy każdy
na swój sposób podporządkowuje jej
Kościół. Patrząc z pewnego
dystansu historycznego i teologicznego
na ujęcia szczegółowe, można
powiedzieć, iż żadne rozwiązanie
nie jest w pełni zadowalające. Każde
ma swoje zalety, ale także i słabe
strony.
Luterańska koncepcja
w mocniejszym świetle ukazuje zasadę
solus Christus niż to czyni strona
katolicka. W teologii katolickiej,
mimo związania Kościoła z Jezusem
Chrystusem i tym samym pewnej
heteronomii, istnieje niebezpieczeństwo,
że wszystkie konkretne środki, w których
realizuje się Kościół, a więc
sakramenty, nauczanie, interpretacja
Pisma itd., mimo wszystko w pierwszym
rzędzie posiadają pewien kościelny
kontekst, wiążą jednostkę z Kościołem
i tym samym Kościół faktycznie
zdobywa wcale niemałe egzystencjalne
znaczenie.
Z drugiej strony w stosunku
do opcji Lutra rodzi się pytanie,
czy aż tak wiele daje programowe
spychanie na margines eklezjalnego pośrednictwa
Jezusa Chrystusa i czynienie tak,
jakby można było Słowo czy
sakramenty teologicznie oddzielić od
ich kościelnej formy. Od okresu oświecenia
wiadomo przecież, że Pismo św. ma
eklezjalny wymiar, jego kanon jest
"tworem Kościoła", zaś głoszone
"słowo" (kazanie, homilia)
nigdy nie jest tożsame z Biblią,
ale - także w luterańskich Kościołach
- nasiąknięte bywa eklezjalną
tradycją.
Mimo odmiennych
eklezjologii między Kościołem
rzymskokatolickim a Kościołami
protestanckimi w czasach współczesnych,
w dobie ekumenizmu, daje się odczuć
trend szukania podobieństw[16].
Problem jedyności usprawiedliwienia
w Chrystusie i zbawczej roli Kościoła
stał się jednym z tematów dialogu
katolicko-luterańskiego na forum światowym.
W 1993 roku opublikowano raport końcowy
trzeciej fazy dialogu katolicko-luterańskiego,
noszący tytuł: Kościół i usprawiedliwienie,[17]
a w 1997 roku stworzono ostateczny
projekt Wspólnej Deklaracji w Sprawie
Nauki o Usprawiedliwieniu[18],
którą podpisano w Augsburgu w Święto
Reformacji 1999 roku.
Raport końcowy Kościół
i usprawiedliwienie jest
najobszerniejszym spośród
wszystkich dotychczasowych raportów
Komisji ds. Dialogu; obejmuje on pięć
rozdziałów, które mają różną
objętość. Rozdział pierwszy
konstatuje wzajemną przynależność
usprawiedliwienia i Kościoła, bez
wnikania w relację między obu
czynnikami. Stwierdza się, że
usprawiedliwienie i Kościół nie
mogą być od siebie oddzielone: są
one prawdami wiary, fundamentalnymi
artykułami wiary; usprawiedliwienie
i Kościół opierają się na
tajemnicy Chrystusa i Trójcy Świętej
(nr 6 i 7) są niezasłużonymi
podarunkami łaski (nr 8 i 9).
Rozdział drugi mówi o trwałym źródle
Kościoła, którym jest Jezus
Chrystus[19].
Najpierw mowa jest o wybraniu
Izraela jako trwałej podstawie Kościoła
(nr 13-17), potem o ustanowieniu Kościoła
w wydarzeniu Chrystusowym; wszystko
to zostaje podsumowane słowem Lutra
o Kościele jako creatura evangelii[20],
które cieszy się pełną akceptację
eklezjologii katolickiej[21].
Rozdział trzeci mówi, że Kościół
jest Kościołem Trójjedynego Boga,
ludem Bożym (nr 51-55), Ciałem
Chrystusa (nr 56-58), Świątynią
Ducha Świętego (nr 59-62). Końcowe
fragmenty tego rozdziału wprowadzają
już do kontrowersyjnych zagadnień
eklezjologicznych, którymi zajmuje
się obszerny rozdział czwarty:
"Kościół jako odbiorca i pośrednik
zbawienia". Rozdział piąty i zarazem
ostatni dotyczy misji i eschatologicznego
spełnienia się Kościoła.
Przedmiotem największych
dyskusji był rozdział czwarty, w którym
dochodzi do jednoznacznego wyartykułowania
różnic katolicko-luterańskich w rozumieniu
Kościoła i wzajemnie krytycznych
zapytań. Tytuł: "Kościół
jako odbiorca i pośrednik zbawienia"
oddaje ogólnie zawartość rozdziału,
lecz pod żadnym pozorem nie może być
rozumiany w ten sposób, jakoby oba
jego pojęcia - "Kościół jako
odbiorca" i "Kościół
jako pośrednik" zbawienia -
charakteryzowały w pierwszym
przypadku luterańskie, w drugim zaś
katolickie rozumienie Kościoła.
Takie ujęcia, które obce są luterańskiemu
czy katolickiemu rozumieniu Kościoła,
zostają z góry odrzucone. "Kościół
jako odbiorca i pośrednik zbawienia"
- to wspólne, katolicko-luterańskie
rozumienie Kościoła. Chodzi o dwa
zasadniczo nierozłączne aspekty
bycia Kościołem, ale - powiada się
słusznie - w dziejach teologii różnie
rozkładano tutaj akcenty (nr 108). I
trzeba dodać: tak bardzo różnie,
że te odmienności w rozkładaniu
akcentówa zwłaszcza konsekwencje
tego rozkładania, były odczuwane i oceniane
jako doniosłe różnice merytoryczne.
Dzieje się tak dlatego, iż myśl
luterańska w świetle nauki o usprawiedliwieniu
czuwa nad tym, aby Kościół uważał
się za owoc i twór zbawczego działania
Boga, natomiast myśli katolickiej
zależy szczególnie na tym, aby
zachowany został aspekt boskiego posłannictwa
i misji Kościoła[22].
W powyższej
perspektywie dokument zajmuje się
najpierw rozumieniem Kościoła jako
congregatio fidelium (nr 108-117). To
pojęcie Kościoła jest szczególnie
bliskie i ważne dla myśli luterańskiej.
Gdy mówi się o Kościele jako
zgromadzeniu wiernych, zgromadzeniu
usprawiedliwionych przez wiarę,
akcent spoczywa całkowicie na Kościele
jako odbiorcy zbawienia. Również
jednak katolicy - od średniowiecza
poprzez Catechismus Romanus aż do
Vaticanum II - akceptują congregatio
fidelium jako opis Kościoła. Dla
jednych i drugich, katolików i luteran,
oznacza to, że Kościół-zgromadzenie
wiernych otrzymuje od Chrystusa swój
byt i zarazem misję dalszego
przekazywania wiary. W ten sposób
jest przez swojego Pana włączony do
służby na rzecz pośrednictwa w zbawieniu
(nr 117).
Sytuacja przedstawia
się podobnie, gdy strona katolicka mówi
o Kościele jako sakramencie
zbawienia (nr 118-134). Na krytykę
luterańską, iż posługiwanie się
takim pojęciem przyczynia się do
zaciemnienia faktu, że Kościół
otrzymuje swoje zbawienie zawsze od
Chrystusa, a więc jest odbiorcą
zbawienia, strona katolicka odpowiada
następująco: za pomocą pojęcia
"sakrament" zostaje wyrażone
uniwersalne posłannictwo Kościoła,
ale zarazem także jego radykalna
zależność od Chrystusa (nr 122);
tylko jako nieustanny odbiorca
zbawienia Kościół może być także
pośrednikiem, sakramentem zbawienia
dla świata.
Mówienie o Kościele
jako sakramencie w powyższym ujęciu
może liczyć na aprobatę ze strony
luterańskiej (por. nr 126). Aspekt
Kościoła jako służebnicy i matki,
która rodzi każdego chrześcijanina
i oswaja go ze słowem Bożym (Luter)
przynależy również do luterańskiego
rozumienia Kościoła (nr 127). Mimo
to strona luterańska nie wyzbyła się
wszystkich zastrzeżeń związanych z wypowiedziami
o Kościele jako sakramencie; wątpliwości
budzą zwłaszcza eklezjologiczne
konsekwencje tych wypowiedzi (nr 128-130),
choć są to zastrzeżenia, które również
teologowie katoliccy biorą pod uwagę
(nr 131).
Wspólna Deklaracja w Sprawie
Nauki o Usprawiedliwieniu, która
bazuje na dokumencie Kościół i usprawiedliwienie,
pozwala mówić, że członkowie
Komisji katolicko-luterańskiej
doprowadzili do uzgodnienia
scharakteryzowanego jako konsens zróżnicowany.
Oznacza to, że nie osiągnięto
wprawdzie jednolitej formy nauki o usprawiedliwieniu,
ale że dwie różnie ukształtowane
nauki o usprawiedliwieniu są ze sobą
zgodne.
Dzisiejsze Kościoły
i wyznania protestanckie można w znacznym
stopniu widzieć jako wynik
reformacyjnych kontrowersji na temat
chrystologii usprawiedliwienia[23].
Wskutek subiektywistycznych skłonności
tej formy chrystologii dochodziło do
wewnętrznych napięć i zewnętrznych
aporii. Dzięki współczesnym
dialogom doktrynalnym Kościoły
chrześcijańskie w duchu ekumenizmu
szukają punktów stycznych, które
mogłyby tworzyć stabilną płaszczyznę
pojednania.
Wyznania są zgodne
co do tego, iż po pierwsze, o zbawieniu
każdego pojedynczego człowieka
decyduje Bóg swą odwieczną wolą (protestanci
mówią wprost o predestynującej
woli Boga). Zbawcza wola Boga
potrzebuje jednak pośrednictwa
Jezusa Chrystusa; dopiero przez Jego
śmierć i zmartwychwstanie zostały
spełnione warunki usprawiedliwienia
człowieka. W tym podstawowym założeniu
wszystkie wyznania chrześcijańskie
są ze sobą zgodne, różnią się
tylko stopniem zaakcentowania jednego
czy drugiego komponentu, bądź to
metahistorycznych obiektywności, bądź
też ściśle chrystologicznego pośrednictwa.
Po drugie, wszystkie
wyznania są zgodne, iż oprócz woli
Boga i usprawiedliwienia w Jezusie
Chrystusie nie ma w historii żadnego
innego autonomicznego
soteriologicznego faktoru. Teologie
wyznań różnią się tylko
radykalnością sądu na temat
naturalnej wartości tego, co
doczesne i historyczne.
Wszyscy są zgodni,
po trzecie, że także po
usprawiedliwieniu człowiek nie jest
w stanie wnieść żadnego
autonomicznego wkładu nie tylko w swoje
zbawienie, ale także i uświęcenie.
Istnieją tylko różnice w ocenie
możliwości współpracy człowieka
z daną przez Boga łaską. O ile
reformatorzy - także Kalwin, mimo iż
ludzkiemu działaniu przypisywał
wielkie znaczenie - i zasadniczo również
Trydent mówili o łasce uświęcenia,
wskazując na Boży dar, to teologia
katolicka pozwala wyraźnie mówić
także o "naszej"
sprawiedliwości czy uświęceniu,
wskazując na potrzebę ludzkiej
aktywności.
Pewna chrześcijańska
jedność istnieje nawet w kwestii
samego rozumienia Kościoła.
Wszystko, co Kościół czyni Kościołem
Jezusa Chrystusa, jest dziełem Boga
przez Jezusa Chrystusa.
Główne różnice
poglądów dotyczą odpowiedzi na
pytanie, które kościelne wydarzenia
partycypują w zasadzie solus
Christus i obiektywności zbawczej
woli Boga. Inaczej mówiąc, międzywyznaniowe
różnice dotyczą historii czy też
tego, co historyczne.
Trzeba zauważyć, że
żadne ze współczesnych wyznań
chrześcijańskich, jak i również
żadna z komisji ds. dialogów
doktrynalnych, nie wypracowały
odpowiedzi, która zadowalałaby
wszystkich. Wydaje się, iż pytania
stawiane przez chrystologię
usprawiedliwienia od czasu reformacji
nie są rozwiązywalne na płaszczyźnie
samego dialogu teologicznego. Dialog
umożliwia zbliżenie stanowisk
poprzez wyjaśnienie pojęć. To już
zrobiono. Dziś coraz bardziej staje
się oczywiste, że Kościoły chrześcijańskie
- każdy ze swoją chrystologią
usprawiedliwienia - stoją przed tym
samym problemem, przed którym swego
czasu stanęła chrystologia
hellenistyczna. Potrzeba nam porównywalnego
z Chalcedonem nowożytnego międzywyznaniowego
Soboru, który by to trudne status
quo doprowadził do formy powszechnie
przyjętej i zobowiązującej.
- Ks. Z.
Morawiec: Bardzo dziękuję
księdzu profesorowi za referat, w którym
pojawił się również wątek
ekumeniczny. Dobrze się składa, że
jest obecny pośród nas ks. Kałużny,
który prowadzi - zarówno w naszym
seminarium, jak i w Papieskiej
Akademii - wykłady z zakresu
teologii prawosławnej. Może to być
zapowiedzią ciekawej dyskusji.
Proszę bardzo,
otwieram dyskusję.
- Ks. T. Kałużny:
Moje pytanie dotyczy bardzo
interesującego wątku ewentualnej
perspektywy wspólnego Soboru
wszystkich wyznań chrześcijańskich.
Jakie realne możliwości widzi ksiądz
Profesor na zwołanie takiego Soboru?
Bo również w relacjach Kościoła
katolickiego i prawosławnego taki
sobór byłby rozwiązaniem. Według
opublikowanej informacji Sobór ogólnoprawosławny
ma być zwołany jeszcze w tym roku,
natomiast jeżeli chodzi o Sobór,
który uwzględniałby jeszcze wspólnoty
protestanckie, byłoby to wielkie
wydarzenie od strony ekumenicznej.
Jakie realne możliwości widzi ks.
Profesor w perspektywie najbliższej
czy dalszej?
- Ks. P. Jaskóła:
Uważam, że jest to "muzyka
przyszłości". W najbliższej
perspektywie, a nawet dalszej,
takiej możliwości nie widzę.
Chodziło mi jedynie o pewne
zaznaczenie metodologiczne. Otóż
pewne sprawy mogą być rozwiązane
jedynie przez taki Sobór, jaki miał
miejsce np. w Chalcedonie. W aktualnej
sytuacji rozbicia chrześcijaństwa
jest to sprawa niezwykle trudna.
Widzimy chociażby, jak trudnymi
drogami dochodzi się do zwołania ogólnoprawosławnego
soboru. Przygotowania trwają już
dziesiątki lat. Tym większe trudności
byłyby ze zwołaniem ogólnochrześcijańskiego
soboru, dlatego - między innymi - że kościoły
pochodzące z okresu
poreformacyjnego mają zupełnie inne
struktury. Kto miałby reprezentować
ten kościół? W jakiej formie sobór
miałby być przeprowadzony? W dzisiejszej
sytuacji jest to kwestia trudna do
zaplanowania. Problemy teologiczne
mogą być jednak rozwiązane przez
powszechną akceptację i później
recepcję ze strony Kościołów. Bez
tej akceptacji trudno mówić, że będziemy
posiadali jedną naukę. Kościoły
dalej będą różnie akcentowały te
same lub odmienne prawdy wiary i też
uważam, że przez najbliższe dziesiątki
lat będziemy musieli pozostać na
etapie zróżnicowanego konsensusu.
Grupy do spraw dialogu będą rozwiązywały
wiele kwestii, ale kolejny etap
ekumenizmu, jakim jest akceptacja i recepcja
przez Kościoły będzie wciąż
bardzo trudny.
- Ks. D.
Kowalczyk SJ: Kilka dni temu
brałem udział w sympozjum poświęconym
problematyce Dominus Iesus,
zorganizowanym przez Papieski Wydział
Teologiczny "Bobolanum".
Jednym z ciekawszych wątków, który
się tam pojawił, był problem związku
między chrystologią i eklezjologią.
Padło tam pytanie czy potrzebny był
czwarty rozdział tej deklaracji?
Podejmując kwestie eklezjalne,
spowodował, że w Polsce i całej
Europie nie podjęto podstawowego wątku
deklaracji (chrystologicznego), ale
skupiono się na kwestiach
eklezjalnych, i to w taki sposób,
który nazwałbym brzydkim.
Deklaracja zamiast być manifestacją
wspólnej wiary w Jezusa Chrystusa,
a mogła być czymś takim w Roku
Jubileuszowym, stała się okazją do
kłótni pomiędzy chrześcijanami (zerwane
zostały np. różne spotkania
ekumeniczne). W sympozjum, o którym
mówię, brał udział luteranin,
prof. Karol Karski z ChAT-u. W pewnym
sensie wyraził zrozumienie dla
postawy katolików, którym trudno mówiąc
o Chrystusie nie mówić o Kościele,
gdyż w teologii katolickiej
chrystologia bardzo mocno implikuje
eklezjologię. Powiedział dalej, że
protestanci mają jakby większą
swobodę teologiczną i w gruncie
rzeczy wyraził żal, że w Deklaracji
pojawił się czwarty rozdział. Mam
w związku z tym pytanie do księdza
profesora: czy nie można było pominąć
pewnych - dość spornych - kwestii
eklezjologicznych. Bynajmniej nie w imię
tuszowania prawdy, ale po to, aby
skoncentrować uwagę na tym, co łączy?
Bo wiemy skądinąd, że obrońcy
owego czwartego rozdziału wyrażają
obawę, że byłoby to nieszczere
wycofanie się z tego, w co
rzeczywiście wierzymy.
- Ks. P. Jaskóła:
Oczywiście, sprawą
dyskusyjną jest czy ten czwarty
rozdział był potrzebny czy nie.
Gdyby Deklarację pisał W. Kasper,
pewnie by go nie było. Ponieważ
jednak pisał ją kardynał Ratzinger
- jest. Trzeba wziąć pod uwagą
zamierzenia, jakimi kierował się
kard. Ratzinger, pisząc Deklarację,
którą ostatecznie poparł też
swoim autorytetem sam papież.
Pierwsze reakcje rzeczywiście były
bardzo negatywne. Pamiętajmy jednak,
że prasa zachodnia na wszelkie
dokumenty papieskie reaguje na ogół
negatywnie. Ksiądz abp. Nosol mówił,
że w czasie, kiedy opublikowano
Deklarację, trwało spotkanie
komisji katolicko-luterańskiej we Włoszech.
I chociaż nikt jeszcze nie znał jej
treści, pierwszą reakcją na wieść
o pojawieniu się Deklaracji była
chęć zerwania rozmów. U nas w tym
samym czasie miało się odbyć
spotkanie ekumeniczne, także w Lublinie
zaplanowane było sympozjum, które
zdecydowano się odwołać, gdyż
tego chciała w ramach protestu
strona niekatolicka. Wydaje mi się,
że w tych sprawach często więcej
jest polityki niż rzeczowego zagłębienia
się w temat. Sam miałem możność
usłyszenia tego, co mówił kard.
Ratzinger w czasie swego pobytu w Polsce.
Wyraził wtedy swoje przekonanie, że
pomimo początkowej fali krytyki, jaką
wywołała Deklaracja, wyraźnie pokaże
ona światu i Kościołom niechrześcijańskim,
jakie jest stanowisko Kościoła
katolickiego w kwestiach
soteriologicznych związanych z osobą
Chrystusa, jak i w tej soteriologii,
która mieści się w eklezjologii.
(...) Ostatecznie uważam, że gdyby
Deklarację pisał ktoś inny, to więcej
byłoby elementów pojednawczych.
Kardynał Ratzinger próbuje pewne
rzeczy porządkować, być może jest
to przywilej także jego wieku. Kiedy
wie, że jego funkcja stróża czystości
katolickiej wiary powoli się kończy,
chciałby pozostawić po sobie - jako
Niemiec - porządek.
- Ks. Z.
Morawiec: Ksiądz profesor
postawił problem, czy to dobrze, że
w Deklaracji został umieszczony
czwarty rozdział. Jeśli odwołamy
się do tego, co mówił ks. profesor
Rusecki o Chrystusie totalnym, tzn.
o osobie Jezusa Chrystusa i Jego
indywidualnym losie, oraz o losie
wspólnoty, która się wokół Niego
zgromadziła i jest Kościołem, to
widzimy, że te dwa aspekty są tak
ze sobą zintegrowane, iż nie wydaje
mi się, by można było myśleć o jednym
bez drugiego. Dlatego mówiąc o chrystologii,
nie możemy nie mówić o eklezjologii.
Taka jest moja intuicja. Nie wiem,
czy ks. profesor Rusecki nie chciałby
czegoś w tej kwestii dopowiedzieć?
- Ks. M.
Rusecki: Współczesna
refleksja, uprawiana zarówno w ramach
teologii biblijnej, jak i całej
teologii katolickiej, jest
jednoznaczna, gdy idzie się właśnie
po linii Chrystusa totalnego. Jeżeli
mówimy o Chrystusie, to w sposób
bezwarunkowy musimy mówić o Kościele.
Ksiądz Kwiatkowski, idąc za niektórymi
teologami, w Chrystusie, w Jego
idei chrystokratycznej wyróżnił
dwa rodzaje świadomości: genetyczną
i funkcyjną, które są przejawem
tej samej świadomości mesjańskiej
Chrystusa. Pierwsza dotyczy Jego
synostwa Bożego, druga zaś misji
społecznej, odkupieńczej -
eklezjalnej. Ale obydwa te rodzaje są
tylko pewnymi aspektami tej samej świadomości
chrystokratycznej. Jeżeli przyjmuje
się boskie posłannictwo Jezusa
Chrystusa i Jego pośrednictwo
zbawcze (Jezus - pośrednik, ale i
sam Zbawiciel), czyli wcielenie
Logosu, Jego nauczanie, działanie, mękę,
śmierć i zmartwychwstanie jako
soteryczne dzieła, to i założenie
Kościoła musimy uznać za dzieło
soteryczne. Twierdzenie "Chrystus
- tak, Kościół - nie" jest
odrzucaniem części dzieła Jezusa
Chrystusa, bowiem Chrystus jest
obecny nadal w Kościele. Jest to więc
kawałkowanie chrystologii, odcinanie
się właściwie od Chrystusa
obecnego w swoim Kościele, w dziejach,
bo Kościół to ostatni etap w historii
zbawienia. Czyżbyśmy chcieli
historię zbawienia kończyć na
wydarzeniach paschalnych? Przecież
wydarzenia paschalne to początek
czasu Kościoła żyjącego
wydarzeniem Chrystusa. Tak jak czasy
przedchrystusowe zmierzały ku pełni
mesjańskiej w Jezusie Chrystusie,
tak czasy Kościoła żyją
wydarzeniem Jezusa Chrystusa, czerpią
z niego, a jednocześnie w ramach
czasu linearnego zmierzają ku pełni
eschatycznej. Dlatego myślę, że te
sprawy wymagają większego uporządkowania
i głębszej refleksji w świetle
wiary.
- Ks. Z.
Morawiec: Zapraszam ks. dr
Kubackiego do wygłoszenia referatu.
Przypisy
1
Tłum. A. Lis, Katowice1997.
2
Tamże 149.
3
Opracowania podręcznikowe z zakresu
historii Kościoła potwierdzają, że
średniowieczny Kościół zdawał się
niektórym kręgom przesłaniać
Chrystusa, utrudniać do Niego "wolny
dostęp". Radykalna krytyka Kościoła
w okresie reformacji zwróciła się
konkretnie przeciwko Kościołowi
rzymskiemu, który - według
reformatorów - zaciemniał prawdę o
jedynym pośrednictwie między Bogiem
a człowiekiem zrealizowanym w osobie
Jezusa Chrystusa. Dzisiejsze
zainteresowania tą kwestią coraz częściej
przesuwają się w kierunku innych
religii: na ile - przyjmując
soteriologiczne rozumienie zasady
solus Christus - inne religie można
uważać za środki zbawienia. Zob. M.
Uglorz, Od samoświadomości do świadectwa
wiary, Warszawa 1995, s.90; zob. też
T. Dola, Jedyność Chrystusa a
chrystologia współczesna, Communio
(Pl) 17(1997)2,79-91.
4
Zwięzły zarys luterańskiej
eklezjologii dają J. Gross i M.
Uglorz, [w:] Porównanie wyznań, red.
E. Pokorska, Warszawa 1988, s. 31 -
34. Pogłębione studium teologicznej
myśli Lutra zawiera książka M.
Uglorza, Marcin Luter. Ojciec
Reformacji, Bielsko Biała 1995.
5
Werke. Kritische Gesamtausgabe,
Weimar 1883-8, 6, 560,36 - 561,1.
Dalej skrót: WA.
6
WA 7, 721,12.13.
7
Ecclesia enim est filia, nata ex
verbo, non est mater verbi. WA 42,
334,12.
8
Por. Artykuły Szmalkaldzkie, [w:]
Wybrane Księgi Symboliczne Kościoła
Ewangelicko-Augsburskiego, Warszawa
1980, 374nn.
9
Jedynie 13 kanonów. Zob. D 1600 -
1613; BF VII, 209 - 221.
10
D 1524.
11 D
1618.
12 D
1604; por. D 1608.
13 D
1751.
14 D
1601.
15
Odnosi się to też do "Kościoła
niewidzialnego", o którym Luter
pisze wprawdzie pozytywnie, ale nie
przyznaje mu żadnej roli w pośrednictwie
zbawienia.
16
Przykłady można by mnożyć:
luteranie, którzy kiedyś
zrezygnowali z urzędu biskupiego a
swoich zwierzchników nazywali
superintendentami, dziś w wielu Kościołach
znów wracają przynajmniej do nazwy
"biskup". Wszyscy
protestanci zredukowali ilość
sakramentów, ale w dalszym ciągu
zachowują odpowiednie kościelne
liturgiczne akty, np. ordynację czy
błogosławienie małżeństw.
Homilia zajmuje istotne miejsce we
wszystkich wyznaniach, a jej treść
- przynajmniej dziś - nie różni się
zawsze specyfiką konfesyjną, ale
innymi kryteriami. Podobnie gdy
chodzi o funkcjonowanie struktur kościelnych:
niezależnie czy są one papieskie,
episkopalne, prezbiterialne czy
synodalne, to główne formy
duszpasterstwa są we wszystkich
podobne. Pojedynczy chrześcijanin
wszędzie czuje się członkiem
pewnej wspólnoty, która faktycznie
jest prowadzona przez duchowego
przewodnika - przy różnym stopniu
uczestnictwa innych gremiów; czuje
się też członkiem większej wspólnoty,
diecezji czy Kościoła krajowego. Te
uogólniające uwagi nie chcą
zacierać istotnych różnic między
wyznaniami chrześcijańskimi, nie
jest bowiem obojętne do jakiego Kościoła
się należy. Funkcjonuje jednak u
wszystkich chrześcijan, u każdego z
osobna, pewne doświadczenie "Kościoła"
i przy zachowaniu świadomości
wszelkich różnic i podobieństw,
odgrywa ono porównywalną między Kościołami
"soteriologiczną" rolę.
17
Tłumaczenie dokonane na podstawie
wersji niemieckiej i angielskiej
przez Karola Karskiego ukazało się
w "Studiach i Dokumentach
Ekumenicznych" 11(1995) 2,43-138.
18
Tłumaczenie dokonane na podstawie
wersji niemieckiej przez Karola
Karskiego ukazało się w "Studiach
i Dokumentach Ekumenicznych" 13(1997)
2,67-86.
19
Por. 1 Kor 3,11.
20
WA 2,430.
21 Nr
37, por. LG 20.
22
H. Meyer, Kościół i
usprawiedliwienie. Uwagi do Raportu
końcowego trzeciej fazy międzynarodowego
dialogu katolicko-luterańskiego (wrzesień
1993), [w:] "Studia i Dokumenty
Ekumeniczne" 11(1995) 1,9-20.
23
Por. E. Troeltsch, Protestantisches
Christentum und Kirche in der
Neuzeit, [w:] Die Kultur der
Gegenwart. Ihre Entwicklung und ihre
Ziele, red. P. Hinneberg, Leipzig
1906, 254 - 266.