Na
początku pragnę wyrazić moje
uznanie dla P. T. Organizatorów tego
sympozjum poświęconego kluczowym
zagadnieniom chrystologicznym. Jest
to koncentrowanie się na centralnych
wydarzeniach chrześcijaństwa. Jezus
Chrystus jest podstawą, centrum i osnową
życia chrześcijańskiego, całego
chrześcijaństwa, a chrystologia -
kluczowym działem teologii. Wobec
atomizującej się niekiedy teologii
trzeba wracać do centrum, korzeni,
źródeł. To jest celem sympozjum
organizowanego przez Księży Sercanów.
Ze swej strony wyrażam radość i zarazem
wdzięczność za zaproszenie mnie na
nie, bym się podzielił moimi przemyśleniami
w zakresie współczesnego
uzasadniania wiarygodności Boskiego
posłannictwa Jezusa Chrystusa.
Rozważania
na ten temat zawrę w następujących
punktach: najpierw ukażę współczesne
zainteresowanie osobą Jezusa
Chrystusa, w którym uwidoczni się
aktualność chrystologii; następnie
zarysuje się cele teologii
fundamentalnej i sposoby
uzasadniania wiarygodności
nadprzyrodzonego charakteru chrześcijaństwa,
po czym zarysuje się przeobrażenia
zachodzące w dzisiejszej teologii
fundamentalnej, zwłaszcza w zakresie
metodologicznej, co będzie stanowiło
dobrą podstawę do kluczowych rozważań.
Wreszcie zaprezentuje się typy
uzasadnień Boskiego posłannictwa
Jezusa Chrystusa.
Chrystus
ma znaczenie ponadczasowe, ponadświatowe,
ale i dziejowe. Jest On
wydarzeniem obejmującym wszystko, co
istnieje. W Nim spinają się
dzieje, bo jest On Alfą i Omegą,
Początkiem i Końcem, jak mówi
autor Apokalipsy. Jest pierworodnym
wszelkiego stworzenia. Chrystus
wczoraj, dziś i ten sam na wieki (Hbr
13, 8).
On
swoją osobą przekracza wymiary
ludzkiego myślenia, ludzką logikę,
dlatego że człowiek jest bytem względnym
i ograniczonym w myśleniu, a także
w wyobraźni; nie potrafi sięgać
tak daleko wstecz, ani wybiegać myślą
w przód. Znaczony jest czasowością
i żyje chwilą obecną. Gdy spotyka
go powodzenie, wpada w euforię, jeśli
przychodzą ciężkie czasy, jest
przygnębiony, beznadziejny, załamany.
I można mówić za niektórymi
filozofami, zwłaszcza
egzystencjalistami, o dramacie
istnienia człowieka uwikłanego w świat,
w historię, który bez Boga nie
znajduje wyjścia ze swoich
egzystencjalnych i ontycznych
uwarunkowań i ograniczeń. Dlatego
trzeba się zwracać ku Temu, który
stanowi podstawę, centrum i osnowę
oraz zasadę dziejów, wszystkiego
tego, co się dzieje, staje,
wszystkiego tego, co ma się stać.
Z tych
krótkich stwierdzeń wynika z jednej
strony, że Chrystus w świetle
Objawienia jest zasadą i racją
istnienia wszystkiego, co istnieje,
z drugiej zaś strony wynika
niewystarczalność ontyczna i egzystencjalna
człowieka. Domaga się to niejako
koniecznościowego odniesienia do
Chrystusa, w którym został
objawiony Bóg. To siłą rzeczy
powoduje jakieś zainteresowanie się
Chrystusem.
Ogólnie
można powiedzieć, że Chrystus
budził, budzi i będzie budzić żywe
zainteresowanie, i to całej ludzkości,
jeśli nie wprost, to pośrednio. On
jest osnową życia chrześcijan, w Niego
wierzymy, od Niego pochodzi nasze imię.
Chrześcijanin to ten, który jest
zespolony z Chrystusem, który jest
znaczony Chrystusem.
Zainteresowanie
chrześcijan Chrystusem jako
Zbawicielem jest zrozumiałe. Ale Chrystusem
interesują się też wyznawcy innych
religii. Dziś, w epoce
dialogu, następuje spotkanie chrześcijaństwa
z innymi religiami. Częściowo
Chrystusem interesują się hinduiści,
buddyści, muzułmanie.
Interesują się Nim także
przedstawiciele innych religii np.
rodzimych religii Afryki, w których
rozwija się tzw. czarna chrystologia.
Co
więcej, Chrystusem interesują
się też twórcy sekt, różnych
odszczepieństw od religii. Widać to
choćby w tym, że chociaż odrzucają
Chrystusa jako Boga - jedynego
Zbawiciela, to jednak coś z doktryny
Chrystusa wcielają w swoje
ideologie, by tym samym uatrakcyjnić
i uwiarygodnić swoje poglądy czy
też swoje organizacje quasi -
religijne.
Można
też powiedzieć, że Chrystusem
interesują się także i niewierzący,
choćby neomarksiści, wspomniany
Leszek Kołakowski, którego myśl na
gruncie katolickim trochę się
przecenia, ale to jest sprawa inna.
Obserwujemy również następujące
zjawisko: prawdziwi humaniści, i to
od czasów renesansu, ale także w okresie
romantyzmu, a i także dzisiaj,
doceniają Chrystusa jako pewien wzór
człowieczeństwa, jako ideał do naśladowania,
choć - jak mówią niektórzy
protestanci i judaiści - bardzo
trudny do naśladowania, i rzeczywiście.
W każdym
razie widzi się w Nim coś,
co fascynuje człowieka, coś,
co pociąga i stąd też to
zainteresowanie Chrystusem, którego
chce się bliżej poznać. Rzecz
znamienna, że we Francji np. ludzie
niekiedy niewierzący posyłają
swoje dzieci na religię do szkół
katolickich, żeby poznały naukę
Jezusa Chrystusa. To zjawisko
obserwuje się także w Stanach
Zjednoczonych, w Kanadzie, gdzie
Koreańczycy, Wietnamczycy czy Chińczycy
też niekiedy wysyłają swoje dzieci
do szkół katolickich, by właśnie
poznać, być może coś uchwycić z wartości,
które przyniósł nam Chrystus.
I
wreszcie chrześcijaństwo
stanowi nieodłączny element kultury.
Kultura właśnie dużo czerpie z treści
objawionych przez Chrystusa.
O
tym będę mówił jeszcze przy
argumencie kulturotwórczym, ale można
by tak ogólnie powiedzieć, że twórcy
kultury bardzo często szukają i czerpią
inspiracje oraz treści swych dzieł
z Ewangelii Jezusa Chrystusa.
Od
strony negatywnej można zapytać:
czym by była nasza kultura np.
materialna, gdyby nie inspiracje
religijne - chrześcijańskie?
Wyobraźmy
sobie miasta bez świątyń, wyobraźmy
sobie malarstwo bez treści
religijnych, rzeźbę, muzykę, sztukę
szeroko pojętą itp.
To
zainteresowanie Chrystusem
wyraża się w dziełach kultury.
Jeśli tak jest, to trzeba pytać,
kim jest Jezus Chrystus, że budzi
zainteresowanie, i to na zasadzie,
że jedni fascynują się Nim, idą
za Nim aż niemal do "szaleństwa",
aż do oddania życia.
Z drugiej
zaś strony inni z nie mniejszą
namiętnością prześladują to, co
Chrystus przyniósł, chcą to
zniszczyć i usunąć z historii,
chcą, by imię Jego nie było
wspominane.
Te
negatywne postawy wobec Jezusa
Chrystusa nakazują też pytać,
dlaczego tak się dzieje?
Tym
zagadnieniem nie będziemy się
interesować w tym miejscu.
Skoncentrujemy się wyłącznie na
problemie:
Kim
jest Jezus Chrystus? Za kogo się uważał,
za kogo Go uważali inni?
W chrześcijaństwie
wierzymy, że jest On Wcielonym Synem
Bożym, posłanym na świat dla
dokonania objawienia zbawienia, które
zależy od wiary w Niego. Czy są
podstawy, racje do tego, by uwierzyć
w Niego? Zagadnieniem tym zajmuje się
teologia fundamentalna.
Temat,
który podjąłem, to wiarygodność
posłannictwa Jezusa Chrystusa. O co
w nim chodzi?
Najogólniej
mówiąc, wiąże się on z celem
teologii fundamentalnej, która chce
wykazywać, że objawienie
przyniesione przez Jezusa Chrystusa i zbawienie
dokonane przez Niego jest godne
wiary, zasługuje na przyjęcie. I to
przede wszystkim dlatego, że dzięki
właśnie tym wartościom
objawieniowo-zbawczym my sami możemy
się zrozumieć, zrealizować.
Od
strony negatywnej dyscyplina ta
wykazuje, że nasza wiara nie jest
mrzonką, iluzją, nie jest naiwna,
ślepa, bezpodstawna - jak próbowali
nam to wmawiać racjonaliści doby oświeceniowej,
czyli ideolodzy marksizmu w PRL-u i we
wszystkich innych krajach bloku
wschodniego i środkowoeuropejskiego.
Właśnie
teologia fundamentalna zmierza do
tego, by dać podstawy naszej wierze;
jeżeli podejmuję decyzję
uwierzenia, to decyduję się na
"być" z Chrystusem, czynię
to w sposób rozsądny, rozumny,
godny człowieka, to nie ulegam
iluzjom ale przeciwnie - dzięki temu
właśnie mogę stać się kimś, mogę
coś więcej osiągnąć, zrealizować.
Tak
ujmuje się cel teologii
fundamentalnej rozważany od strony
podmiotowej, czyli wiary będącej
odpowiedzią na objawienie Boże. W tym
znaczeniu teologia fundamentalna
buduje podstawy wiary, by była ona
godna osoby ludzkiej jako istoty
rozumnej.
Cel
teologii fundamentalnej określa się
najczęściej od strony przedmiotowej
jako badanie i uzasadnianie
wiarygodności objawienia chrześcijańskiego
zrealizowanego w Jezusie Chrystusie.
W takim widzeniu celu tej dyscypliny
nieco inaczej są rozłożone
argumenty zmierzające do niego,
niejako bardziej zobiektywizowane w stosunku
do pierwszego sformułowania celu tej
dyscypliny, które miałyby mieć
charakter bardziej subiektywny, choć
niekoniecznie tak było (o tym będzie
mowa dalej).
Pewną
odmianą tak sformułowanego celu
teologii fundamentalnej jest określenie
go jako uzasadnianie nadprzyrodzonego
charakteru chrześcijaństwa.
Mówi
się też, że dyscyplina ta
uzasadnia nadprzyrodzony charakter
chrześcijaństwa (jest oczywiście
wiele innych określeń celu teologii
fundamentalnej, te jednak wyżej
wymienione są najbardziej podstawowe).
Takie czy inne określenie celu pociąga
za sobą określony dobór argumentów,
by go zrealizować, np. gdy mówi się,
że wykazuje ona nadprzyrodzony
charakter chrześcijaństwa, to obok
klasycznych argumentów przytacza się
jeszcze takie, jak świętość Kościoła,
jego szybki rozwój, trwałe
istnienie, męczeństwa i inne.
Ogólnie
rzecz biorąc, teologia
fundamentalna na podstawie określonych
racji wykazuje, że religia chrześcijańska
nie jest czymś naturalnym, tworem człowieka,
bo wtedy byłaby iluzją, nie byłaby
religią zbawczą, czyli de
facto głosilibyśmy autosoteriologię,
że człowiek sam jest twórcą
swojego zbawienia. Oczywiście byłaby
to autoiluzja, właśnie przed nią
ma bronić teologia fundamentalna.
W teologii
fundamentalnej chodzi o coś więcej,
bowiem uzasadnia ona nadprzyrodzoną
genezę chrześcijaństwa.
Gdy
definiujemy teologię fundamentalną
od strony Objawienia, wykazując jego
wiarygodność, czy od strony wiary,
czyli budowania podstaw dla decyzji
wiary nie tylko racjonalnych, o czym
będę jeszcze mówić, ale i innych,
w tym też teologicznych, to de
facto przy określaniu celu zmierzamy
do tego samego. Bo wykazując
wiarygodność Objawienia chrześcijańskiego,
pokazujemy tym samym że wierzymy na
podstawie określonych racji; jeżeli
budujemy podstawy dla wiary, to
musimy sięgnąć do toku
uwiarygadniania Objawienia chrześcijańskiego.
Tutaj
trzeba od razu zaznaczyć, że w teologii
fundamentalnej mówimy o uwiarygodnieniu
Objawienia chrześcijańskiego.
Dlaczego? Dlatego że nie możemy osiągnąć
oczywistości wniosków na postawie różnego
rodzaju argumentów, bo wtedy mielibyśmy
do czynienia z wiedzą, a nie z wiarą.
Dlatego też argumenty, które
formujemy i podajemy, mają zmierzać
do sądu o wiarygodności, czyli że
nie osiągamy oczywistości, ale mamy
racje, motywy, argumenty na podstawie
których bezpiecznie możemy zawierzyć,
w sposób oczywiście zasadny i racjonalny.
W związku
z tym na gruncie teologii
fundamentalnej, tak samo zresztą jak
i na gruncie teologii, nie można mówić
o dowodach w ścisłym tego słowa
znaczeniu, o jakich mówimy np. w naukach
formalnych, w logice, w matematyce,
czy w naukach przyrodniczych, a obiegowe
znaczenia dowodów są czasami bardzo
wątpliwe.
Dla
przykładu, w procesach sądowych
czasami ktoś mówi, że zgromadził
już 100 albo 1000 dowodów i nic
nie wiadomo, czy ktoś jest winny,
czy niewinny.
To
jest nadużywanie tego terminu, bo to
jest jakiś ślad, poszlaka, jakiś
tam element czegoś, a nie dowód w ścisłym
tego słowa znaczeniu. Dlatego na gruncie
teologii fundamentalnej mówimy nie o dowodzeniu,
ale o uzasadnieniu. W tym
przypadku mamy na uwadze podawanie całej
serii argumentów, które nigdy nie
doprowadzą nas do wniosku, że
musisz uwierzyć, bo racje są przytłaczające,
ale że możesz bezpiecznie zawierzyć,
że nie popełniasz błędu, że
dokonujesz najlepszego wyboru. I właśnie
do tego ma zmierzać teologia
fundamentalna.
W
tradycyjnej teologii fundamentalnej
czy apologetyce podawano trzy
klasyczne argumenty na uzasadnienie
Boskiego posłannictwa Jezusa
Chrystusa.
Był
to argument biblijny,
skrypturystyczny, czyli z proroctw,
argument z cudów Jezusa i argument
ze Zmartwychwstania.
Niekiedy
dodawano także tzw. argument
personalistyczny, a więc z niezwykłych
kwalifikacji intelektualnych Jezusa,
że Jego intelekt i wiedza przerastały
wiedzę ludzką, transcendowały ją,
oraz ze świętości Jezusa i Jego
dobroci, a więc że był On
najdoskonalszym człowiekiem, człowiekiem
bez grzechu, całkowicie oddanym w służbie
innym. Uważano wtedy, że na ich
postawie da się w sposób krytyczny
uwiarygodnić chrześcijaństwo jako
religię pochodzącą od Boskiego Założyciela.
Dodać
jeszcze należy, że tradycyjnie uważano
- tak przynajmniej było w apologetyce
XIX - wiecznej, jak i w XX -
wiecznej teologii fundamentalnej, a właściwie
ten trend istnieje do czasów
dzisiejszych - że wszystkie
argumenty, które formułuje się dla
uzasadnienia tej tezy, pochodzą z zewnątrz
Objawienia. Co więcej, paradoksalnie
przyjmowano, że tak zwane kryteria,
czy argumenty, niekiedy nazywane
dowodami, zupełnie niesłusznie, miały
być wyraźniejsze i mocniejsze od
samego faktu Objawienia.
Żeby
to zilustrować, można podać następujący
przykład: jeśli Jezus jest
objawicielem Boga i czynił cuda
oraz w imię Jego dzieją się cuda
w chrześcijaństwie, to jest to
mocniejszy argument, niż samo
Objawienie dokonane w Nim, a On
przecież jest pierwszorzędnym świadkiem
Objawienia. Tego typu podejście było
niekrytyczne i bardzo mocno
przesadzane.
Ja
osobiście lansuję pogląd, z którym
nie wszyscy się zgadzają, że
wszystkie argumenty, jakie formułujemy
na uzasadnienie wiarygodności
Objawienia, muszą pochodzić,
przynajmniej w części, z samego
Objawienia, czyli że one tkwią, choćby
w sposób implicite, w Objawieniu.
Dlaczego takie jest moje podejście?
Przede wszystkim dlatego, że taka
jest natura samego Objawienia,
mianowicie Jezus Chrystus z jednej
strony jest Objawicielem Boga, z drugiej
strony jest Jego pierwszorzędnym świadkiem,
a więc wierzymy ze względu na
Niego i Jego postawę, dokonane
czyny, naukę i wydarzenia paschalne.
Ponadto Objawienie Boże realizowało
się w znakach epifanijnych, to
znaczy w znakach objawieniowych i Objawienie
ma taką strukturę, że ma wymiar
historyczny, zdarzeniowy, ale ma też
treści nadprzyrodzone i właśnie w znaku,
np.
w Jezusie Chrystusie, łączy się
to, co historyczne, widzialne z tym,
co niewidzialne, transcendentne,
Boskie; Jezus jest prawdziwym Człowiekiem
i prawdziwym Bogiem. Jest to
rzeczywistość zespolona, i boska,
i ludzka, i właśnie tak
manifestuje się w historii.
Gdyby w znaku,
Jezusie Chrystusie, widzieć tylko
element zmysłowo dostrzegalny, bez
odniesienia do Jego bóstwa, to byłby
jednym z ludzi. Popadlibyśmy w czysty
naturalizm, który krzewią racjonaliści,
naturaliści, deiści i liberałowie
oraz wszyscy przeciwnicy religii
nadprzyrodzonej. Gdybyśmy natomiast
pominęli sferę historyczną,
zdarzeniową Objawienia i eksponowali
tylko treści nadprzyrodzone,
popadlibyśmy w mitologię, jak słusznie
zauważa J. Guitton. Tym samym religię
chrześcijańską znów pozbawilibyśmy
podstaw. Musi więc istnieć
peryhoreza historycznego z nadprzyrodzonym.
Jeśli taka jest struktura
objawienia, to i argumenty, które
formujemy dla uzasadnienia wiarygodności
Objawienia muszą być podobne, a nawet
takie same.
Dlatego
dawne sformułowania, które były
lansowane w apologetyce i teologii
fundamentalnej, że dyscyplina ta w sposób
rozumowy, naturalny wykazuje
nadprzyrodzony charakter chrześcijaństwa
czy Boskie posłannictwo Jezusa
Chrystusa, były iluzją, mirażem.
Dlaczego? Bo w sposób naturalny nie
można przekroczyć tej granicy,
bariery i dojść do tego, co
nadnaturalne, co jest Boskie.
Metodologiczna, właściwa zasada
jest taka, że to przedmiot wyznacza
sposób jego poznania i metody
badawcze, a nie odwrotnie.
Niekiedy uważano,
że metoda decyduje, w jaki sposób
poznajemy czy mamy poznawać
rzeczywistość. To sam przedmiot
decyduje o tym, jakie sposoby
epistemiczne mamy podejmować, żeby
go właściwie poznać. Jeśli zatem
objawienie ma strukturę złożoną z elementów
Boskich i historycznych -
widzialnych, to i metoda poznania
musi być złożona, a więc z poznania
naturalnego - to, co historyczne, może
być poznawane w sposób naturalny,
na przykład historyczne pochodzenie
Jezusa, że żył w Nazarecie, działał
w Palestynie itp. - i poznania
poprzez wiarę. Muszą więc być także
elementy wierzeniowe, bo w nadprzyrodzoność,
w Bóstwo Jezusa Chrystusa trzeba
uwierzyć.
Zadaniem
teologii fundamentalnej jest sprzężenie
tych dwóch komponentów metody
teologiczno-fundamentalnej, by łączyła
poznanie naturalne z poznaniem przez
wiarę. I tu następuje wzajemne
wspieranie się i dopełnianie, bo
poznanie naturalne naprowadza nas na
to, co nadprzyrodzone, a to, co
nadprzyrodzone, daje nam zrozumieć
to, co jest naturalne.
Wspomniałem
o tym, że w tradycyjnej
apologetyce uważano, iż argumenty
powinny pochodzić z zewnątrz
Objawienia. W moim przekonaniu, i ja
co do tego nie mam wątpliwości,
wszystkie argumenty muszą,
przynajmniej w części, wywodzić
się z samego Objawienia, bo dopiero
wtedy stają się one adekwatne do
uzasadniania jego wiarygodności.
Dla przykładu:
argument biblijny - przecież on tkwi
w Piśmie Świętym, formułujemy go
z danych Objawienia, prorockich
zapowiedzi o Mesjaszu i z ich wypełnienia
się w Jezusie Chrystusie
wnioskujemy o Mesjańskim posłannictwie
Jezusa.
Co więcej,
proroctwo jako słowo obietnicy Bożej
należy też do Objawienia. To samo
trzeba powiedzieć o cudach Jezusa,
które świadczą o Jego Boskim posłannictwie,
a zarazem należą do dzieł Bożych
i są formą objawiania się Boga w Jezusie.
Analogicznie
jest ze Zmartwychwstaniem Jezusa
Chrystusa. Skąd byśmy o nim
wiedzieli, gdyby Objawienie nas o tym
nie pouczyło. Co więcej, trzeba
stwierdzić, że nie tylko te
argumenty tkwią w Objawieniu, ale
wszystkie inne, które formułujemy
czy możemy formułować jako nowe.
W jakim
znaczeniu, w jakim sensie nowe?
Takie można i trzeba też budować.
Pomagają nam w tym tzw. znaki czasu.
Wiemy, że przed Soborem Yves Congar
czy Dominik Scheni wiele mówili na
temat znaków czasu.
Mówi o nich
też II Sobór Watykański. Otóż
poszczególne wydarzenia, jakie się
dzieją w świecie, które mają duże
znaczenie egzystencjalne dla człowieka,
intrygują i interesują ludzi,
stanowią istotne problemy, winny być
zinterpretowane w świetle
Objawienia. Ono przecież daje
odpowiedź na podstawowe problemy
egzystencji ludzi i świata. Ich właściwe
rozwiązanie uwiarygadnia chrześcijaństwo.
Dlaczego? Bo Chrystus wczoraj, dziś
i na wieki, bo Objawienie nie jest
rzeczywistością przeszłą, gdyż
Chrystus istnieje w Kościele i z nim
się jakoś utożsamia, zatem Bóg
nie tylko działał w przeszłości,
ale działa zbawczo i dziś. W związku
z tym, można powiedzieć, że tak
jak Chrystus rozwiązywał problemy
ludzi ówczesnego czasu, tak Jego
nauka, Objawienie rozwiązuje i ma
rozwiązywać problemy wszystkich
czasów. Zatem trzeba dane zjawiska,
uchodzące za znaki czasu,
interpretować w świetle Bożego
Objawienia.
Dla przykładu:
jeśli ludzie są uwrażliwieni na miłość
jaką największą wartość, to
trzeba by formułować w świetle
Objawienia właśnie argument
agapetologiczny, tym bardziej, że
chrześcijaństwo przyjmuje miłość
jako zasadę swego życia.
Jeśli dziś
ludzie popadają w jakiś bezsens
istnienia, są załamani, nie widzą
przyszłości, sensu i celu
istnienia, to można i trzeba budować
argument sperancyjny, czyli ukazywać
sperancyjny wymiar chrześcijaństwa,
że właśnie ono wnosi nadzieję,
wizję przyszłości, jakby przebija
zaskorupiały świt i daje nowy
horyzont widzenia.
Powyższe
przykłady świadczą, że teologia
fundamentalna - obok rozwijania
klasycznych argumentów - może formułować
nowe, dla uwierzytelnienia Boskiego
chrześcijaństwa, pośrednio i takiego
posłannictwa Jezusa.
Mówiąc o tym,
trzeba podkreślić, że mamy na
uwadze nie tylko osobę Jezusa
historycznego, ograniczonego w czasie
i przestrzeni, ale Jezusa totalnego,
czyli istniejącego od wieków, a więc
w preegzystencji, w dziejach od
stworzenia do Wcielenia, czyli tzw.
czasy przed - Chrystusowe, które
kulminuje w Jego osobie, i która
trwa aż do skończenia czasów.
Na wszystkich
etapach historii zbawienia jest
obecny i działa Chrystus. Nasza
argumentacja ma uwierzytelniać
obecność i dzieło Chrystusa
totalnego, a nie tylko historycznego.
Te
być może zbyt długie rozważania
wprowadziły nas w samo serce
teologii fundamentalnej, ujmowanej
przez autora niniejszej prelekcji. Na
kanwie tych rozważań łatwiej będzie
zrozumieć dalszy wywód, który z konieczności
będzie skrótowy.
Wspomniałem
już, że przeobrażenia zachodzące
w teologii fundamentalnej rzutują,
i to w sposób zasadniczy, na
reorganizację dotychczasowych ujęć
tej dyscypliny w zakresie jej wewnętrznej
struktury, głównie w aspekcie
argumentacyjnym.
W
teologii fundamentalnej rozróżnia
się w sposób zasadniczy świadomość
deklaracyjną Jezusa i motywacyjną.
To jest nadzwyczaj klarowne. Mnie
nasuwa się pytanie, czy to rozróżnienie
jest całkowicie zasadne, czy nie można
na to zagadnienie spojrzeć nieco
inaczej?
W
klasycznej apologetyce i teologii
fundamentalnej wyróżniano tzw. świadomość
deklaracyjną Jezusa(za kogo
On sam się uważał) i świadomość
motywacyjną (w jaki sposób
uzasadniał swoje transcendentne
roszczenia).
Otóż wydaje
mi się, że takie ustawienie sprawy
było niezbyt adekwatne do źródeł
i współczesnego rozwoju refleksji
teologicznej i psychologicznej, zwłaszcza
z zakresu psychologii
personalistycznej.
Wspomnę
tylko tyle, że w tradycyjnej
apologetyce tę świadomość
deklaracyjną Jezusa próbowano
przedstawiać za pomocą trzech tytułów
chrystologicznych, mesjańskich.
Były to tytuły:
Syn Człowieczy, Syn Boży, Mesjasz.
W nich miała
się wyrażać cała świadomość
deklaracyjna Jezusa. Tak na
marginesie można wspomnieć, że w Nowym
Testamencie istnieje ponad pięćdziesiąt
tytułów chrystologicznych (w
patrystyce mówi się nawet o tysiącu),
że istnieje problem egzegetyczny: którymi
posługiwał się sam Jezus, a którymi
obdarzała Go, czy wyrażała swą
wiarę w Niego wspólnota wierzących,
które tytuły w związku z tym są
przedwielkanocne, które
powielkanocne ...- w to zagadnienie
nie wchodzimy.
Wydaje mi się,
że do tego problemu trzeba podejść
nieco inaczej, bo świadomość
osoby, czy to ludzka, czy nawet
Boska, wyraża się w całym życiu
osobowym człowieka, w jego
wypowiedziach, w jego postępowaniu,
zachowaniu, w postawie wobec innych,
w odniesieniu do Boga, do człowieka,
do świata, historii, procesów dziejących
się itp.
A więc świadomość
człowieka poznajemy z całokształtu
jego życia. To trzeba też odnieść
do osoby Jezusa i Jego wiarygodności.
Na tej podstawie ja uważam, iż świadomość
deklaracyjna i motywacyjna to są
dwa aspekty tej samej rzeczywistości,
tej samej świadomości, że jedna
wskazuje na drugą.
Analogicznie
jest i z argumentami. Dla przykładu,
cuda Jezusa nie tylko stanowiły o Jego
mesjańskiej misji, ale i ujawniały
mesjańskie roszczenia. Pełnią one
też funkcję objawieniową, bo
Objawienie dokonuje się w słowie i
w czynach, w dziełach; pełnią
funkcją chrystologiczną - objawiają
Chrystusa, pełnią funkcją
soteryczną - zbawczą; prowadzą do
zbawienia i realizują zbawienie; pełnią
funkcję eklezjotwórczą -
przyczyniają się do budowania Kościoła,
do nadawania mu określonych kształtów.
Pełnią też funkcją wiarotwórczą,
a więc przyczyniają się do
powstawania wiary, bo na skutek cudów
wiele ludzi uwierzyło. Mają także
wymiar bonatywny - realizują dobro,
to naturalne, i to nadprzyrodzone
zarazem. Widać to, gdy Jezus
uzdrawia paralityka i odpuszcza mu
grzechy.
Można zapytać,
gdzie podziała się ta funkcja
motywacyjna, do której redukowano
kiedyś cuda. Otóż trzeba powiedzieć
że: funkcja motywacyjna to jakby
drugi aspekt każdej innej funkcji,
tak jak moneta ma awers i rewers -
jedna strona tego medalu czy monety
implikuje drugą.
Analogicznie
jest z funkcją motywacyjną, ona
nie jest abstrakcyjna, oderwana od
konkretnych wydarzeń, tylko jest
drugą stroną funkcji objawieniowej,
chrystologicznej, wiarotwórczej, itp.
Nie znika ona, ale jest wstawiana w bogatszy
kontekst całego zdarzenia. Tak też
- według mnie - trzeba patrzeć na
problem świadomości deklaracyjnej i motywacyjnej
Jezusa.
Po tych
uwagach przejdźmy krótko do
zaprezentowania niektórych argumentów
dla uzasadnienia Boskiego posłannictwa
Jezusa Chrystusa i Jego dzieła,
czyli chrześcijaństwa.
Najpierw
trzeba mówić o objawianiu się
Osoby Jezusa Chrystusa i uwiarygodnianiu
roszczeń z preegzystencji Syna Bożego,
Logosu. To On egzystuje od wieków z Ojcem,
to On jest ikoną Ojca, On przychodzi
objawić Ojca, On z Ojcem jest jedno.
Powołuje się na swoje
preegzystencjalne doświadczenia i to
nam objawia, a więc przekonuje nas
do tego. Oczywiście tego argumentu
nie można przyjąć w sposób
czysto naturalny, musi być związany
z wiarą, ale Jezus wielorako poświadcza
to, potwierdza, a więc i samego
siebie objawia, a zarazem
uwierzytelnia jako Syna Bożego.
Argument
skrypturystyczny, z proroctw, to nie
tylko, tak jak dawniej się mówiło,
zapowiedzi mesjańskie i ich wypełnienie
w Jezusie Chrystusie, to za mało.
Trzeba go przebudować w tym sensie,
by ukazać Jezusa historiozbawczo,
tzn. pokazać, że On objawia się i działa
od momentu stworzenia świata, bo
wszystko stało się przez Niego - Słowo,
Logos jako Mądrość Boża -
wszystko istnieje w Nim i przez
Niego.
W Starym
Testamencie jest On zapowiadany jako
Mesjasz, Prorok czasów
eschatycznych, który założy
definitywne królestwo Boże. Jest On
przedmiotem obietnic Bożych i oczekiwań
narodu wybranego. Jak mówiłem,
nastaje pełnia czasów. On jest
punktem kulminacyjnym historii
zbawienia. W Nim wypełniają się
nie tylko proroctwa, On bowiem wypełnia
Boży plan zbawienia. On jest obecny
i działa nadal w swoim Kościele.
Na ten
tradycyjny argument trzeba więc
patrzeć historiozbawczo. To zmienia
całkowicie optykę widzenia, bo
Jezus jest ukazywany jako Ten, który
objawił Boga i jest też zarazem
Bogiem objawionym, a równocześnie
jest aktywnym, działającym
realizatorem ekonomii Bożej.
Argument ten jest walentny, ale nie w znaczeniu
geometrycznego czy matematycznego
zestawiania zapowiedzi mesjańskich i ich
wypełniania się w Jezusie
Chrystusie, ale w Chrystusie
totalnym, o którym wspomniałem. Z religioznawczego
punktu widzenia trzeba stwierdzić,
że żadna z postaci religijnych nie
miała w ten sposób przygotowanego
przyjścia. Argument ten jest całkowicie
oryginalny, bez precedensu.
Jezus,
jak mówiłem, jest objawicielem
Boga, a równocześnie pierwszorzędnym
Świadkiem objawienia. Wierzymy ze
względu na Niego, na Jego świadectwo,
na Jego życie. W związku z tym
Osoba Jezusa Chrystusa musi być
bardzo mocno eksponowana i tak
ukazywana jej rola w dziejach, w historii
ludzkiej.
Ten
argument, zwany personalistycznym,
jest już stosowany na gruncie
teologii fundamentalnej, zwłaszcza
rozumianej personalistycznie. Jest on
nieco inaczej ujmowany niż dotąd.
Jest traktowany wszechstronniej i wieloaspektowo.
Nie oznacza to, że jest on w pełni
dopracowany, ale zarys koncepcyjny
jest dobry, zwłaszcza w ukazywaniu
Osoby Jezusa i Jego dzieła jako
usensownienia i celu egzystencji
ludzkiej i dziejów. Objawienie -
jak mówiłem - daje odpowiedź na
wszystkie fundamentalne pytania osoby
ludzkiej.
Teraz
przejdę do krótkiego omówienia
innych argumentów, tych stosowanych
już w klasycznej teologii
fundamentalnej, jak i w nowych, które
zaczyna się budować lub można
zbudować (dam ich zarys). Wspomnę,
o czym będę jeszcze mówić, że
wszystkie argumenty trzeba brać łącznie
z Osobą Jezusa.
O
argumencie z cudów Jezusa, o ich
rozumieniu, funkcjach mówiłem już
wcześniej. Nie ma potrzeby
powtarzania tego. Mogę tylko
wspomnieć, że w teologii
fundamentalnej przyjmuje się, że
wszystkie argumenty na wiarygodność
Boskiego posłannictwa Jezusa muszą
mieć strukturę cudu. Stąd tak
wiele miejsca poświęca się teorii
cudu, zwłaszcza rozumieniu go w kategorii
znaku Bożego.
W
teologii fundamentalnej zaczyna się
mówić o nowym argumencie
staurologicznym. Dotąd o problematyce
krzyża i śmierci Jezusa mówiono w teologii
dogmatycznej przy omawianiu
Odkupienia. W dużym stopniu
interesowała się nim teologia
protestancka. Pod jej wpływem i pogłębionych
badań biblijnych w naszej
dyscyplinie zaczyna się ukazywać
objawieniowy i motywacyjny charakter
krzyża. Wywyższenie Jezusa na krzyżu
to objawienie Jego Boskiej chwały, a kenotyczna
śmierć na nim to ujawnienie nieskończonej
miłości Bożej. Śmierć Jezusa na
krzyżu to również zaświadczenie o niej.
Męka
i śmierć Jezusa wraz ze
Zmartwychwstaniem stanowią jedno
wydarzenie paschalne. Nie można mówić
o krzyżowej śmierci Jezusa, nie mówiąc
o Jego zmartwychwstaniu. Wydarzenie
paschalne to akt fundacyjny chrześcijaństwa.
Dzięki zmartwychwstaniu powstała
ostatecznie wiara w Jezusa. Od początku
chrześcijanie zdawali sobie z tego
sprawę. Świadczą o tym katechezy
paschalne i kerygmat pierwotnego Kościoła.
Klasyczny wyraz dał temu św. Paweł
w słynnym stwierdzeniu w Liście
do Koryntian: "Gdyby Chrystus
nie zmartwychwstał, daremna byłaby
nasza wiara, daremne byłoby nasze
przepowiadanie".
Z
rangi znaczenia zmartwychwstania dla
wiarygodności Boskiego posłannictwa
i nadprzyrodzonego charakteru chrześcijaństwa
zawsze zdawała sobie sprawę
apologetyka i teologia fundamentalna.
Współcześnie zmartwychwstanie
rozumie się inaczej niż w przeszłości.
Nie jest ono tylko reanimacją
somatyczną, ale uwielbieniem Jezusa
Chrystusa, przejściem do rzeczywistości
nadprzyrodzonej, eschatycznej. Jezus
zmartwychwstał nie tylko dla celów
apologetycznych, gdyż w wydarzeniu
tym dokonało się w pełni
zbawienie. Zasiadając po prawicy Bożej,
otworzył nam bramę do Ojca, do
wiecznego życia.
Zmartwychwstanie
Chrystusa, jak wspomniałem, to nie
tylko zwycięstwo nad śmiercią, to
nie tylko wielki znak Bóstwa Jezusa,
ale to także pełnia objawienia i zbawienia.
Dzięki temu Bóg wprowadził pokój
między niebem a ziemią, dzięki
temu mamy dostęp do Ojca, objawiło
się królestwo Boże, nowa
rzeczywistość zaświadczona i zagwarantowana
zmartwychwstaniem Chrystusa. Równocześnie
Jezus po zmartwychwstaniu nadaje władzę
apostołom, Piotrowi, władzę
odpuszczania grzechów, od tego właśnie
momentu Kościół zaczyna istnieć i działać
zbawczo w dziejach, a więc trzeba
mówić o paschalnej eklezjogenezie.
Kolejny
argument budowany w dzisiejszej
teologii fundamentalnej można nazwać
agapetologicznym. Elementy takiego myślenia
były zawarte w wykładzie o Objawieniu.
Argumentu tego typu nie sformułowano
wprost.
Argument
agapetologiczny, czyli z miłości
chrześcijańskiej. W powszechnym
przekonaniu miłość stanowi najwyższą
wartość. Obejmuje ona prawdę,
dobro i piękno. Źródłem
wszelkiej miłości jest Bóg w Trójcy
Świętej Jedyny. Ona jest zasadą życia
wewnątrztrynitatnego. Została nam w pełni
objawiona w Jezusie Chrystusie.
To Bóg
Ojciec z miłości do rodzaju
ludzkiego posłał na świat swojego
Syna, aby nam objawił nieskończoną
miłość Bożą. Wcielony Syn Boży
okazywał ją wszystkim ludziom, zwłaszcza
słabym, chorym, pokrzywdzonym,
grzesznym, nad którymi się litował.
W pełni okazał nam ją, gdy oddał
za nas swoje życie na krzyżu, gdyż
nie ma większej miłości niż
oddanie życia swojego za innych.
Jezus wskazał
swoim wyznawcom, by Boga miłowali
nade wszystko, a bliźniego swego
jak siebie samego. To jest najwyższe
i pierwsze przykazanie życia chrześcijańskiego.
Zasadą tego jest właśnie miłość,
która ma obejmować wszystkich,
nawet nieprzyjaciół. I rzeczywiście,
niezliczone rzesze chrześcijan nią
się kierowały w swoim życiu; ona
był zasadą ich rozwoju,
doskonalenia się, uświęcania,
odnoszenia się do bliźnich,
przyjaciół i nieprzyjaciół. Ona
była też motywem oddania życia za
wiarę, za innych. Była najczęściej
motywem męczeństwa.
H. U. Von
Balthasar słusznie twierdzi, że
wiarygodna jest tylko miłość. Ona
przejawiając się w życiu chrześcijan,
czyni chrześcijaństwo wiarygodnym,
i to w bardzo wysokim stopniu. Siłę
tego argumentu osłabia brak miłości
między chrześcijanami. Tak, to fakt.
Trzeba jednak pamiętać o następującym
rozróżnieniu. Gdy mówimy o miłości
Boga w Jezusie Chrystusie, to
ujawniona w Nim miłość w stopniu
wybitnym zaświadcza o Jego Bóstwie
i Boskim posłannictwie, gdy zaś mówimy
o nadprzyrodzonym charakterze chrześcijaństwa,
to jego wiarygodność nie zasadza się
wyłącznie na miłości Bożej, która
manifestuje się w życiu Kościoła
Chrystusowego.
Prakseologiczny
znak chrześcijaństwa jako motyw
jego wiarygodności łączy się ściśle
z chrześcijańskim praxis. Ono łączy
się ze stwórczą działalnością
Boga i w permanentnym Jego działaniu
w historii, które jest zawsze
dobre, kierowaniu dziejami ku ich
finalnemu wypełnieniu się w prawdzie,
wolności, dobru, miłości (w Bogu).
Jezus
Chrystus, założyciel Kościoła,
działa tak, jak Ojciec działa, aż
dotąd. Dzieła, dobre czyny
uwierzytelniają Słowo, orędzie -
jeśli słowom moim nie wierzycie,
wierzcie dziełom. Święty Jan
poleca - nie miłujcie tylko słowami
czy językiem, ale dobrymi czynami (l
J 3,18), a św. Jakub ostrzega, że
wiara bez uczynków jest martwa (Jk 2,18).
Takie orędzie przepowiada i nim żyje
Kościół, ożywiany zawsze Duchem
Bożym.
Życie Kościoła,
czyli wszystkich wierzących, nie
polega tylko na teoretycznym przeświadczeniu
o prawdach wiary, ale na wcielaniu
ich w życie, które ma wyrażać się
w dobrych czynach dokonywanych na
wszystkich odcinkach życia członka
Kościoła: w rodzinie, zakładzie
pracy, szkole, na uczelni, w gestach
pomocy bliźnim będącym w potrzebie,
trosce o chorych, pomocy cierpiącym,
skrzywdzonym, więźniom itp. Oczywiście
to chrześcijańskie praxis w postaci
dobrych czynów, czynów miłosierdzia,
odnosi się do ludzi będących w sytuacjach
trudnych i w rzeczywistej potrzebie,
by poprzez lekkomyślną czy naiwną
pomoc nie popierać lenistwa, cwaniaków
czy naciągaczy-żebraków żerujących
na cudzej dobroci, którzy nie tylko
jej nie doceniają, ale mają
pretensje, gdy jej nie doświadczają,
a okazywaną im pomoc zużytkowują
na złe cele.
Dobre czyny
wierzących świadczą o sile
przekonań, oczywiście dotyczy to
duchownych i świeckich, oraz
uwierzytelniają cały Kościół.
Wyrazistość tego znaku Kościoła i jego
faktyczną siłę motywacyjną trzeba
oceniać jak przy wyżej omówionych
znakach.
Znak
martyrologiczny wiarygodności chrześcijaństwa
rozumieć trzeba w podwójny sposób:
jako męczeństwo, czyli oddanie życia
za wiarę lub bliźnich, albo jako świadectwo
życia. W pierwszym znaczeniu świadectwo
jest jakby mocniejsze, wyrazistsze, w drugim
jakby słabsze, gdyż wymaga ono długiego
czasu. Jest to jednak też świadectwo
wiary, które trzeba dawać
codziennie, na każdym odcinku życia
i w każdej sytuacji. Wymaga ono dużego
wyrobienia osobistego i dużej
dojrzałości duchowej.
Świadectwo
wiary dawanej na wzór Chrystusa,
potwierdzającego głoszoną prawdę
swym życiem postawą wobec
wszystkich, jest i dobrym przykładem
do naśladowania. Walor tego znaku
wiarygodności jest duży. Sądzę,
że w naszym Kościele jest wielu
bardzo szlachetnych ludzi, żyjących
wiarą, uczciwych w życiu
rodzinnym, w pracy, uczynnych,
gotowych do pomocy innym i jej
udzielający, ale nie brak także
ludzi - niekiedy, a może najczęściej
bardzo luźno związanych ze wspólnotą
wierzących i z nią się chyba nie
identyfikujących - dających antyświadectwo.
Na tej podstawie trudno jednoznacznie
powiedzieć, czy ten znak przemawia w sposób
bardzo mocny za wiarygodnością Kościoła.
W ocenie
tego znaku trzeba jednak brać pod
uwagę także fakt, że zło jest
bardziej krzykliwe i wszelkie przestępstwa
są nagłośniane, dobro jest niejako
"ciche", jakby normalne, o tym
się prawie nie mówi albo mało,
jednak w moim przekonaniu ludzi
dobrych jest o wiele, wiele więcej
niż złych.
Kulturotwórczy
znak wiarygodności chrześcijaństwa
to - mówiąc najogólniej - inspirujące,
twórcze i faktyczne oddziaływanie
nauki chrześcijańskiej na ludzi Kościoła
oraz ich wkład w różne dziedziny
kultury: materialne, umysłowe,
duchowe, moralne i religijne.
Wkład ten w różnych
okresach historii i w różnych
krajach był inny; niekiedy bardzo duży,
niekiedy mniejszy. Zdaniem wielu myślicieli
nie tylko z kręgów Kościoła,
religia chrześcijański legła u podstaw
kultury i cywilizacji europejskiej i całkowite
usunięcie jej oznaczałoby
zniszczenie kultury Europy. To samo
stwierdzenie można odnieść do wkładu
Kościoła w kulturę polską, czego
po wojnie nie dostrzegano albo
tendencyjnie pomijano lub - co gorsza
- wypaczano.
Wydaje się,
że największy wkład Kościoła
dokonał się w przemianie osobowej
człowieka, bo kultura jest wymiarem
jego istnienia, oraz w przemianie
wspólnot wierzących i w jej
tworzeniu. Kościół katolicki jako
ciągle żyjąca Tradycja wydarzeń
zbawczych Pana nie tylko współtworzył
kulturę i ją współprzemieniał,
ale na kanwie jego działalności
zachowywała się tradycja narodowa,
tradycja polskości, a kiedy nie
istniała polska państwowość, był
jej nosicielem i przekazicielem.
Tego nie można nie dostrzegać,
chyba że zła wola stoi na
przeszkodzie.
Argumentów
na uzasadnienie wiarygodności
Boskiego posłannictwa Jezusa
Chrystusa i nadprzyrodzonego
charakteru chrześcijaństwa można
by przytoczyć znacznie więcej, np.
wspomniany już argument sperancyjny,
ze świętości Kościoła
Chrystusowego, który w pełni
istnieje i trwa w Kościele
katolickim, jego trwałości, itd.
Czas i miejsce nie pozwalają na ich
szersze omówienie. Niech wystarczą
te, które przedstawiliśmy.
Jeszcze
dwa zdania tytułem rekapitulacji.
Wszystkie argumenty, które formułujemy
na gruncie teologii fundamentalnej,
powinny być brane łącznie, bo one
się nawzajem uzupełniają, dopełniają
i wzmacniają, czyli koroborują.
Brane wszystkie razem dają nam większą
pewność wiarygodności Objawienia
dokonanego w Jezusie Chrystusie. I
wszystkie argumenty, jakie formułujemy
na gruncie teologii fundamentalnej,
powinny być brane łącznie z Osobą
Jezusa Chrystusa, bo one mają do
Niego prowadzić, a jednocześnie od
Niego nabierają siły motywacyjnej,
uzasadniającej. Gdybyśmy je brali w oderwaniu
od Osoby Jezusa, np. cuda, byłyby
one czasami może i dziwacznym albo
niezbyt mocnym argumentem, gdyż dziś
większość ludzi nie rozumie, czym
jest cud, bo bierze go w oderwaniu
od osoby Jezusa Chrystusa i rozważa
wyłącznie w odniesieniu do
przyrody, do praw i sił natury - to
jest oczywiście patrzenie bardzo zawężone
i niedostateczne. Argumentacja
teologiczno-fundamentalna musi być
brana łącznie z Jezusem
Chrystusem, jako pierwszorzędnym Świadkiem
Objawienia i Zbawiania.
Ostatnie
zdanie, jakie chcę tu powiedzieć,
to mianowicie to, że we współczesnej
teologii fundamentalnej, tu znów mogę
się nieskromnie odwołać do siebie,
próbuje się Objawienie łączyć ze
zbawieniem.
Dawniej
Objawienie rozumiano noetycznie,
intelektualistycznie, poznawczo, jako
co najwyżej wezwanie Boga do
dialogu, a zbawienie jako odrębne
wydarzenie. W tym wypadku miano na
uwadze głównie wydarzenia paschalne.
Tymczasem te same wydarzenia w historii
zbawienia, zwłaszcza Jezusa
Chrystusa, mają zarazem wymiar i objawieniowy,
i zbawczy.
Krzyż dla
przykładu, zmartwychwstanie, cuda,
tak samo Wcielenie, wszystkie te
zdarzenia pełnią funkcje
rewelatywne, objawieniowe i zbawcze
zarazem. Dlatego jeżeli
uwierzytelniamy Boskie posłannictwo
Jezusa Chrystusa, to zarazem
wskazujemy, że jest On objawicielem
miłości Ojca, która jest
przeznaczona dla wszystkich narodów,
i że jest On uniwersalnym
zbawicielem świata, sensem dziejów,
że On jest prawdziwym Pantokratorem.