Wstęp
Treść
rozdziału
Uwagi lektora
- Istota sporu:
prawda
- Istota
sprzeciwu: Chrystus
- Istota
zgorszenia: Wcielenie
- Istota różnicy:
uniwersalizm, ekskluzywizm
- Istota
nieporozumienia: język
Zakończenie
W Pierwszym Liście do Tymoteusza,
liście pasterskim, skierowanym w latach
sześćdziesiątych I wieku do "młodego
biskupa o wątłym zdrowiu"[1], znajdują się słowa
o "naszym Zbawicielu",
Bogu, "który pragnie, by
wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli
do poznania prawdy. Albowiem jeden
jest Bóg, jeden też pośrednik
miedzy Bogiem a ludźmi, człowiek,
Chrystus Jezus, który wydał siebie
samego na okup za wszystkich jako świadectwo
we właściwym czasie" (1 Tm 2,3b-6).
Oto jedna z licznych
nowotestamentalnych formuł zawierająca
tak charakterystyczny dla chrześcijaństwa
chrystocentryzm soteriologii. Polega
on na jednoznacznym utożsamieniu
"Bożego daru zbawienia z jego
stworzonym zakorzenieniem w człowieku,
Jezusie z Nazaretu"[2] i jako
nieredukowalnie istotny dla chrześcijaństwa,
jest absolutnie oryginalnym rysem
chrześcijańskiej soteriologii i w ogóle
teologii, oryginalnym na tle innych
wielkich religii świata oraz
wszelkich innych systemów
filozoficznych i światopoglądowych.
Redemptor hominis et Salvator
mundi, Jezus Chrystus jest zbawieniem
człowieka, ludzkości, świata,
wszechświata - głosi chrześcijańska
soteriologia. Co oznacza, że Boskie
medium zbawienia jest tożsame z jego
stworzonym pośrednikiem, stając się
widzialne w przygodności wydarzenia
Jezusa Chrystusa[3]. Dlaczego? Jak to możliwe?
To skutek wolnej decyzji Boga -
odpowiada chrześcijańska
soteriologia. Rzecz przekracza możliwości
ratio. Staje my tu na krawędzi
bezdennej, niepojętej przepaści
Boga-Miłości. Ratio podprowadza na
jej próg i niknie w czci[4]-
dodaliby mistycy.Tak rozumiem istotę
soteriologicznego przesłania Dominus
Iesus, deklaracji podpisanej przez
Kardynała Ratzingera 6 sierpnia, a ogłoszonej
w Watykanie 5 września 2000 roku.[5]
Dokumentowi zdążono już zarzucić
prawie wszystko, m.in. i to, że
jest wyrazem nareszcie bez ogródek
ujawnionej, a chytrze w ostatnich
latach kamuflowanej imperialnej
agresji rzymsko-katolickiego Kościoła
wobec odmiennych niż jego doktryna
przekonań, a która to imperialna
agresja polega na przyjęciu postawy
tyleż aroganckiej, co groteskowej:
pseudoposiadacza nieistniejącej
prawdy.
Tymczasem główne przesłanie
deklaracji - soteriologiczny
chrystocentryzm doktryny chrześcijańskiej
- dobitnie wyrażone na medialnym
areopagu współczesnego świata,
jest (w moim przekonaniu) dokładnym
zaprzeczeniem agresywnej arogancji
wobec inaczej myślących.
Nie jest to bowiem ryk cynicznego
imperium, obojętnego na wszystko, co
nie jest nim samym, ale głos matki-prorokini.
A płynie on nie z buty, ale z troski
o człowieka i świat. Także z determinacji,
z odwagi. Tak myślę.
Nie mam bowiem żadnych podstaw,
by nie wierzyć w czystość
intencji i szczerość takich oto
zdań Jana Pawła II, wypowiedzianych
1 października 2000 roku: "Nasze
wyznanie Chrystusa jako jedynego
Syna, przez którego my sami widzimy
oblicze Ojca (por. J 14,8), nie jest
arogancją dyskredytującą inne
religie, ale radosnym uznaniem, że
Chrystus ukazał się nam bez
jakiejkolwiek zasługi z naszej
strony. On jednocześnie każe nam
wciąż dawać to, co otrzymaliśmy,
oraz oznajmiać innym to, co zostało
nam dane, aby ofiarowana nam Prawda i Miłość,
którą jest Bóg, należały do
wszystkich ludzi"[6].
Tak też rozumiem soteriologiczne
przesłanie II rozdziału.
Rozdział nosi tytuł "Wcielony
Logos i Duch Święty w dziele
zbawienia". Zawiera cztery z dwudziestu
trzech punktów składających się
na całość dokumentu. Struktura
rozdziału jest prosta. Całość
punktu 9. oraz początek 12. są
artykulacją opinii błędnych, zaś
cała reszta tekstu, czyli jego
zdecydowana większość, jest poświęcona
teologicznej argumentacji wykazującej
"błąd" błędu i -
przede wszystkim - pomocnej w konstruowaniu
pozytywnej wykładni nauki na dany
temat.
Owe trzy tezy (opinie, poglądy),
zdaniem deklaracji "głęboko
sprzeczne z wiarą chrześcijańską"(10),
są następujące:
1. Jezus z Nazaretu
jest "jedną z wielu postaci,
jakie Logos przyjmował w ciągu
dziejów, aby łączyć się zbawczą
więzią z ludzkością",
postacią pozbawioną w tej
dziedzinie wyłączności, tylko jedną
z wielu historycznych, w jakich
objawia się ludzkości "Nieskończoność,
Absolut, ostateczna tajemnica Boga"
(9).
2. Istnieją dwie
zakresowo różne zbawcze ekonomie Słowa:
wiecznego i wcielonego. Druga jest
"zastrzeżona jedynie dla chrześcijan",
niejako "węższa".
Pierwsza zaś, obdarzona walorem
powszechności, obdarzona pełniejszą
obecnością Boga, ma "moc także
poza Kościołem i w oderwaniu od
niego" (9).
3. Istnieją dwie
zakresowo różne ekonomie zbawcze dwóch
Osób Trójcy: "wcielonego Słowa,
ukrzyżowanego i zmartwychwstałego"
i Ducha Świętego. Ta druga ma
charakter bardziej uniwersalny (12).
Tych trzech (hipo)tez nie da się
pogodzić z wiarą chrześcijańską
(katolicką) - opiniuje kilkakrotnie
(wprost i nie wprost) deklaracja.
Argumentację dla uzasadnienia
swojego stanowiska czerpie z dokumentów
Urzędu Nauczycielskiego Kościoła
oraz z pism patrystycznych.
Pojawiają się więc cytaty, zapożyczenia
i parafrazy dokumentów soborów (Nicejskiego
I, Chalcedońskiego, Trydenckiego,
Watykańskiego II), papieży (Leona
Wielkiego, Jana Pawła II) oraz ojców
(Justyna i Ireneusza). Co z owej
argumentacji i w ogóle z całego
wywodu II rozdziału wynika?
Deklaracja Dominus Iesus nie mówi
niczego nowego; jedynie "porządkuje
i przypomina" - jak to wyraził
Walter Kasper[7].
W II rozdziale, w ramach porządkowania,
przypomina prawdę o jedyności i jedności
zbawczego działania Trójjedynego
Boga, działania, które ma swe źródło
i centrum we Wcieleniu Słowa w Jezusa
z Nazaretu[8].
Istnieje bowiem jedyna w swoim
rodzaju osobowa tożsamość człowieka
Jezusa z Przedwiecznym Słowem Bożym
- Boskie sarkosis (incarnatio,
wcielenie) dotyczyło jednego i jedynego
człowieka: Jezusa[9].
Więc "razem z całym Kościołem
wierzymy mocno, że Bóg Zbawiciel
objawił się zupełnie i do końca
w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu
jednego, jedynego człowieka - Jezusa
z Nazaretu, Syna Bożego. Wierzymy,
że prawda o miłości Boga do każdego
człowieka, zawarta w tym
objawieniu, na bardzo wiele sposobów
[nieznanych nam i niepojętych dla
nas, dla Kościoła - przyp. J. Sz.]
odzwierciedla się w dziejach
poszczególnych ludzi i ludzkich społeczności
- ale całą jej pełnię można
znaleźć tam, gdzie została nam
wszystkim raz na zawsze dana: w życiu,
śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa,
do którego mamy dostęp przez
sakramenty Kościoła"[10].
Jako chrześcijanie nie wierzymy
więc (a wierzyć znaczy "zawiesić"
swoje życie i swoje wszystko na
"wierzonej" prawdzie), że
istnieje jakakolwiek nietożsamość
Logosu wiecznego i wcielonego. Albo
że Logosową ekonomię zbawczą
poszerza jakościowo i zakresowo
Duch Święty. Albo że istnieją
rzekomo inne, "poza-Jezusowe"
wcielenia Logosu. Albo że istnieje
zbawcze działanie Boga inne -
szersze, głębsze i skuteczniejsze
- niż inkarnacyjne. I - co być może
najważniejsze - wyznanie to nie jest
w żaden sposób produktem ciasnoty
rozumu i serca ("znamy prawdę,
jesteśmy lepsi") czy
soteriologicznego ekskluzywizmu
("my się zbawimy, wy -
niekoniecznie"). Bóg bowiem
"pragnie, by wszyscy ludzie
zostali zbawieni i doszli do
poznania prawdy" (1 Tm 2,3b), o
czym była już mowa.
Uniwersalizm soteriologiczny
proponowany przez deklarację Dominus
Iesus mieści się bowiem nie "poza"
Prawdą, a "w" Niej; nie
"obok" Niej, a raczej w Jej
głębi. Szukać go należy nie tyle
w wymiarze horyzontalnym
soteriologicznej doktryny chrześcijaństwa
- poszerzając ją "sztucznie",
ile raczej w jej wymiarze
wertykalnym - pogłębiając ją. Nie
my bowiem posiadamy Prawdę, ale to o wiele
bardziej Prawda posiada nas[11].
Nie w naszej więc mocy
majstrowanie przy jej treści, ani też
jakiekolwiek przykrawanie jej do
naszych aktualnie modnych pomysłów,
ani też instrumentalne jej
wykorzystanie przeciwko komuś bądź
czemuś. Nie mamy nad Prawdą władzy.
Rośniemy, szukając jej, odkrywając
jej przebłyski i okruchy, przyjmując
ją w darze.
Ów "głębinowy"
uniwersalizm soteriologiczny, obecny
bardzo mocno i wyraźnie w literze
i duchu dokumentu, został wyrażony
przy pomocy takich choćby sformułowań:
"zbawcze działanie, jakie Jezus
Chrystus prowadzi ze swoim Duchem i przez
Niego, rozciąga się na całą
ludzkość ponad widzialnymi
granicami Kościoła" (12).
Dotyczy to "wszystkich ludzi
dobrej woli, w których sercu działa
w sposób niewidzialny łaska. Skoro
bowiem za wszystkich umarł Chrystus
i skoro ostateczne powołanie człowieka
jest rzeczywiście jedno, mianowicie
boskie, to musimy uznać, że Duch Święty
wszystkim ofiaruje możliwość dojścia
w sposób wiadomy do uczestnictwa w (...)
paschalnej tajemnicy" (12)[12].
Już od odbiorcy tego typu
komunikatu zależy, czy uzna go za
owoc aroganckiej ciasnoty płynącej
z zawłaszczania objawienia[13]
i prawdy, czy też za próbę
odkrycia najgłębszego wymiaru
uniwersalizmu miłości Wcielonej
Prawdy. Dodajmy: próbę człowieczą,
czyli ułomną z definicji, nigdy do
końca nie udaną w pełni.
Kreśląc uniwersalny horyzont
chrześcijańskiej soteriologii,
dokument odwołuje się do słynnej
zasady "ziaren Słowa" (12),
zasady wypracowanej przez św.
Justyna Męczennika w II w. po
Chrystusie. Według niej, logoi
spermatikoi, zasiane w różnorodnych
obrzędach i kulturach, są formą
uczestnictwa tego, co w ludzkim świecie
i sercu dobre i święte, mądre i nadziejorodne
w Pełni Logosu; są partycypacją
ludzkich "słów" w Jedynym
Słowie[14].
W komentarzu do Dominus Iesus, na
łamach "Die Tagespost",
kardynał Ratzinger przypomina również
patrystyczną zasadę praeparatio
evangelica[15].
Jej twórcą był Euzebiusz z Cezarei
(263-339), a służyła ona również
rozumieniu uniwersalności chrześcijaństwa.
W okołodeklaracyjnym kontekście
pojawia się rozumienie praeparatio
evangelica w interpretacji encykliki
Redemptoris missio: "przygotowaniem
do Ewangelii" jest to w kulturach
świata i w religiach niechrześcijańskich,
co zostało w nich zrodzone przez
działanie Ducha Świętego[16].
Ogólny, podsumowujacy wniosek II
rozdziału jest taki: "działanie
Ducha Świętego nie dokonuje się
poza działaniem Chrystusa ani obok
niego. Jest to jedna i ta sama
ekonomia zbawcza Boga Trójjedynego,
urzeczywistniona w tajemnicy
wcielenia, śmierci i zmartwychwstania
Syna Bożego, spełniona przy współdziałaniu
Ducha Świętego i ogarniająca swym
zbawczym zasięgiem całą ludzkość
i cały świat" (12).
Czyli jedność Bożego działania,
uniwersalność zbawczych skutków.
Wielkości te (jedność i uniwersalność)
nie są w chrześcijańskiej
soteriologii rywalkami ani też nie są
odwrotnie proporcjonalne.
Pora na kontekstualny, interpretujący
komentarz. Kilka intuicji.
Wrzawa, jaką podniosły światowe
media (wyłączam krytyczne głosy Kościołów
chrześcijańskich) wokół
deklaracji Dominus Iesus, może
irytować teologa (polskiego) sporą
dawką ignorancji, ale uważam, że
należy ją potraktować bardzo poważnie
z wielu względów. Między innymi
dlatego, że ma ona "na samym
spodzie" swoją głęboką
przyczynę. Świadomie bądź nieświadomie
tumult ów jest artykulacją
fundamentalnego problemu naszej
cywilizacji, a mianowicie pytania o istnienie
obiektywnej ostatecznej prawdy i o nasz
do niej dostęp.
Oto, moim zdaniem, istota skandalu:
Kościół rzymsko-katolicki nie
tylko głosi, że prawda jest, i że
jest jedna, i nie tylko, że można
do niej dotrzeć, ale że to zrobił!
I tu podnosi się wrzawa, dalej Kościół
nie jest już słuchany, choć mówi
rzeczy równie ważne, a teologicznie
nawet ważniejsze: że prawda jest
osobowa, że jest nią Chrystus,
bezbronny Bóg, który się wykrwawił
dla każdego (bez jakiegokolwiek wyjątku!),
że nie jest ona przeciwko
komukolwiek (kłamstwo jest przeciwko
człowiekowi; prawda czyniona poza
przestrzenią miłości jest kłamstwem,
tym groźniejszym, że w szatach
kamuflażu).
Pytanie o prawdę jest pytaniem o być
albo nie być współczesnej kultury
- w tym duchu i w tych mniej więcej
słowach wypowiadał się we wrześniu
i październiku kilkakrotnie kardynał
Ratzinger, główny "odpowiedzialny"
za deklarację. I nie wolno z pytania
tego rezygnować pod żadnym pozorem[17].
Trzeba rezygnować - powiadają
oponenci - bo wpadniemy w szpony
fanatyzmu, fundamentalizmu i szatańskiej
pychy[18].
Nie wolno - powiadają oponenci
oponentów - bo alternatywą jest świat
Piłata. Do pozornie sterylnej
przestrzeni tolerancji, którą
funduje pytanie: "Cóż to jest
prawda?" (J 18,38), prędzej czy
później wtargnie zbrodnia: zabójstwo
Jedynego Sprawiedliwego.
Rezygnacja z pytania o prawdę
rozwali nam nasz świat -
przestrzegają. Nie, uratuje przed
stosami - twierdzą oponenci.
Relatywizm nie jest przyjazną człowiekowi
filozofią, jest dyktaturą, prowadzi
bowiem do marginalizacji tych, którzy
nadal starają się bronić swojej
chrześcijańskiej,
chrystocentrycznej tożsamości -
powiadają oponenci oponentów[19].
Oto, moim zdaniem, istota
sporu.
Wszystko inne jest w tej dyskusji
konsekwencją fundamentu (bądź jego
braku...): pytanie o istotę, kształt
i cel dialogu międzyreligijnego i jakiegokolwiek;
pytanie o to, czy zbawienie jest
darem i czy na sposób jego
otrzymania nie mamy żadnego wpływu,
czy też da się ustalić jego zakres
i "miejsca występowania"
drogą demokratycznego konsensusu itp.
itd. To są już sprawy wtórne.
Oczywiście, rzecz dzieje się kilka
wieków po Kartezjuszu, czyli ostrze
sporu skierowane jest bardziej na
sposób myślenia o prawdzie niż na
samą prawdę. Ale to nie zmienia,
choć niuansuje, podstawowy problem.
Spór wokół deklaracji Dominus
Iesus toczy się na różnych
poziomach zgody i rozbieżności w kwestiach
soteriologicznych. W dużym
uproszczeniu: niektórzy z oponentów
jako zwolennicy autosoterii są w ogóle
przeciwnikami "od-Boskiej dar-mowości"
zbawienia; inni spodziewaja się
zbawienia po Bogu, ale religijnie i konfesyjnie
nieokreślonym; jeszcze inni po
Jezusie Chrystusie, ale niekoniecznie
w rzymskokatolickim modelu i Kościele.
Rozróżniam głównie dlatego,
ponieważ odnoszę wrażenie, że w ferworze
obrony tez soteriologicznych
dokumentu wszyscy jego krytycy lądują
w tym samym worku...
Jakkolwiek by nie było, jedno
zdaje się być pewne: idea
soteriologicznego chrystocentryzmu
napotyka w globalnej wiosce na silny
sprzeciw. Jak trafnie powiedział
niedawno M. Przeciszewski:
"Główną prawdą tego
dokumentu jest przypomnienie, że nie
ma zbawienia poza Chrystusem, że
zbawienie dokonuje się wyłącznie
poprzez Niego. Ta sprawa wywołała
najwięcej polemik"[20].
Jak przypomniał niedawno W.
Hryniewicz w znakomitym studium
"Niepojęty Bóg": "Istnieje
wiele dróg zbawienia, które zna
tylko Bóg". Ten, który jest
"Bogiem wszystkich, Bogiem
prawdziwie ekumenicznym". Ale też
- jak czytamy w tym samym tekście -
kiedy Klemens Aleksandryjski w Protreptikos
naucza, iż "Zbawiciel jest
polifoniczny (pol phonos) i działa
na wiele sposobów (pol tropos) dla
zbawienia ludzi, to mimo iż chodzi
tu, oczywiście, o "wszystkich
ludzi, a nie tylko chrześcijan",
to jednak Autor "Kobierców"
twierdzi, iż zbawi ich Zbawiciel -
Jezus Chrystus[21].
Bo główną tezą deklaracji nie
jest to, iż zbawią się jedynie
"ludzie Kościoła" czy
chrześcijanie, ale że ktokolwiek się
zbawi, zbawi się w Chrystusie i przez
Chrystusa. Zbawia nie idea, koncepcja
czy "religia", ale
Chrystus, Jego osoba i dzieło.
Rzecz jasna: zbawia Bóg. Ale - w świetle
chrześcijańskiej wiary i doktryny
- chrystocentryzm jest teocentryzmem.
Bóg jest Bogiem Jezusa Chrystusa. Można
to, oczywiście, nazwać "zawłaszczaniem
Objawienia", ale chrześcijaństwo
nie może nie być sobą... Powtarza
więc: istnieje wiele niepojętych
dla nas dróg zbawienia, ale
wszystkie one wiodą (nie wiemy, jak...)
przez Chrystusa. Inaczej byłyby ślepe.
Jestem gotów
bronić tezy, że jednym z najważniejszych
źródeł (nie jedynym, ale jednym z najgłębszych)
odrzucenia treści Dominus Iesus jest
coś, co od dwudziestu wieków (patrz:
Celsus) niezmiennie budzi opór i zgorszenie,
a mianowicie inkarnacyjna kenoza
Boga. Z obecnymi w soteriologii
chrześcijańskiej kenotycznymi
skutkami Inkarnacji. Stąd wniosek
wielu: "ze względu na
ograniczenia wynikające z ludzkiej
natury Jezusa objawienie się w Nim
Boga nie może być uważane za pełne
i ostateczne"[22].
Oto - według
tej linii myślenia - ze względu na
wieloraką ograniczoność Wcielenia
(czasową, przestrzenną, kulturową,
cywilizacyjną itp. itd.) ogromne połacie
przestrzeni świata i historii
ludzkiej wydają się znajdować poza
"zasięgiem zbawczym", a przynajmniej
w sytuacji soteriologicznie znacznie
trudniejszej niż ta, w której
znajdował się rybak znad Jeziora
Galilejskiego dwa tysiące lat temu.
Czy tego może chcieć Bóg? Stąd ów
wniosek: nie można się zgodzić na
gorszącą jedyność zbawczą ułomnego
Wcielenia. Należy - proszę wybaczyć
szczyptę ironii - podpowiedzieć
Najwyższemu, jak należy zbawić świat.
W ten sposób
jesteśmy w samym środku
doketystycznych i ariańskich sporów,
a właściwie resentymentów.
Dodajmy wszak, że bardzo często u podstaw
powyższych "trudności z Wcieleniem"
leżą dobre intencje, rzadko zła
wola. Rozwiązania takie płyną,
owszem, z troski o człowieka, ale
też świadczą o błędnym pojęciu
Boga.
Chrześcijaństwo
broniąc łaski zbawienia
najdotkliwiej inkarnowanej (ze
szczytem zgorszenia, Kościołem, w tle,
Kościołem, którego zgrzebna
cielesność razi szczególnie!),
broni tezy, że nie mamy żadnej władzy
nad sprawą zbawienia. Jest ono darem
z Wysoka, a wtargnęło w ten świat
w Osobie Boga-Człowieka,
spotykanego dwa tysiące lat temu w okolicach
Judei i Galilei, znanego jako Jezus
z Nazaretu, który zresztą zginął
nędznie jako trzydziestoparolatek na
peryferiach świata. Absolutum
concretissimum. Oto próba naszej
pokory, oto wyzwanie dla naszej pychy.
Oczywiście,
bywa, że na chrześcijańskiego
teologa spadają najsubtelniejsze
wersje powyższej pokusy. Na przykład
szlachetny opór przed zawłaszczaniem
całego piękna, dobra i prawdy tego
świata "w naszym Chrystusie";
albo strach przed odpowiedzialnością
i losem wezwanych ("przywołał
do siebie tych, których sam chciał",
Mk 3,13), strach znany doskonale
prorokom... Niemniej, istota sprawy
pozostaje: spodobało się Bogu zbawić
nas przez słabość Wcielenia i głupstwo
Krzyża.
Chrześcijaństwo
funkcjonujące w paradygmacie
Wcielenia dokonuje na wszystkich
poziomach swego funkcjonowania
swoistej "materializacji"
pierwiastka duchowego (sakramenty, Kościół,
charytatywność).
Zgorszenie
tym procesem (czyli ostatecznie
Wcieleniem!) często w historii
popychało zgorszonych w ramiona
gnozy: mniej siermiężnej, bardziej
duchowej, mądrzejszej niż odpychająca
dosłowność chrześcijańskiego
dogmatu. Pewna ścieżka toczącego
się sporu wokół deklaracji zdaje
się być współczesną wersją
tamtych, z apogeum w II wieku,
procesów. Różnice stanowisk
przebiegają bowiem przez pojęcia
"uniwersalizm" i "ekskluzywizm",
a polegają nie na innym sposobie
rozumienia tych słów, ale na użyciu
ich w stosunku do innych desygnatów.
O ile bowiem
z treści dokumentu wynika następujące
stanowisko doktryny chrześcijańskiej:
"wszystkich zbawić, ale sposób
jest jeden", o tyle uproszczona
wersja stanowiska pewnej przynajmniej
części opozycji brzmi: "wszystkie
drogi uznać za równe, ale dostępne
są one jedynie dla wiedzących".
Upraszczam,
wiem. Ale próbuję pokazać w ostrym
świetle różnicę stanowisk. Bo też
błędy, z którymi zmaga się II
rozdział deklaracji, są w podszewce
swej gnostyckie. Słowo wieczne
mocniejsze od wcielonego, Duch Święty
uniwersalniejszy od Logosu - to
prosta droga do Marcjona, Manesa i pogańskiej
mariologii: Starotestamentalny Bóg mściwy,
nowotestamentalny - miłosierny;
Ojciec - mroczny, matka - promienna.
Jedność,
powiada chrześcijaństwo. Bóg jest
Jeden, poza wszelką liczbą, bez
jakiejkolwiek sprzeczności. Człowieczeństwo
Jezusa nie jest zawadą dla Jego
uniwersalnej wszechmocy zbawczej, ani
też troistość Osób nie jest
przeszkodą dla jedności Jego Natury.
Nieśmiertelny
problem języka... Owszem, należy się
zgodzić z o. Salijem, że w dokumencie
"brak jakiegokolwiek ducha
konfrontacji, a tym bardziej agresji"[23], ale też jego język
jest wyjątkowo - jak to wyraził bp
Walter Kasper - "cięty",
co nie ułatwia debaty o subtelnych,
trudnych i drażliwych kwestiach. I
rzecz tak skomentował: "moja
wrażliwość jest inna, szczególnie
w kwestii języka tego dokumentu
oraz rozłożenia akcentów (...).
Podstawowym
problemem, gdy patrzę na powszechną
krytykę tego dokumentu, wydaje mi się
problem języka i komunikacji. Język
deklaracji tak bardzo różni się od
języka codziennego i dziennikarskiego,
a także od normalnego języka, w jakim
Kościół naucza i głosi katechezę,
że nieporozumienia czy nawet
niezrozumienie są wręcz
nieuniknione"[24].
Niedopracowana
stylistyka, braki redakcyjne[25], wielki "rozziew
komunikacyjny" miedzy nadawcą a odbiorcą
(np. przeciętnym dziennikarzem
wielkonakładowej gazety) - to inne
zarzuty, ale z tej samej beczki.
Dlatego sądzę, że trzeba nam z pokorą
i namysłem wysłuchać takiego choćby
poglądu wytoczonego przy okazji ogłoszenia
deklaracji: "Kościół
rzymskokatolicki (inne również) nie
dopracował się jeszcze języka, którym
może mówić zrozumiale do zwykłych
wiernych i 'niewiernych' naszego
czasu"[26].
Owszem, spór
jest w pewnej mierze zderzeniem dwóch
(albo więcej) mentalności, które
posługują się różnymi językami.
Ale zrzucenie całej winy na
nierozumiejącego odbiorcę byłoby
skandalicznym uproszczeniem i dowodem
arogancji. Nie wystarczy, że Kościół
ma - jak zawsze - do powiedzenia światu
rzeczy ważne. Musi to robić
zrozumiale, pracując nad językiem.
Kod językowy nie może budzić
oporu, rodzić sprzeciwu, budować
muru. Jeśli mówimy o sprawie
zbawienia człowieka i świata.
Deklaracja
Dominus Iesus, jej tezy i ich
recepcja, dyskusja wokół dokumentu
i całość tego wydarzenia, są dla
nas, ludzi Kościoła, wielką lekcją.
Nie wolno jej treści zmarnować.
Wszak chodzi o istotę bycia Kościołem:
o dzieło zbawienia.
Rozpoczęliśmy
nasze rozważania od fragmentu z Pierwszego
Listu do Tymoteusza. W Drugim Liście
do Biskupa Efezu znajdują się słowa
bezdyskusyjnie prawdziwe, które
przytacza się nieraz w związku z "oporem"
świata wobec słów Kościoła:
"Głoś
naukę, nastawaj w porę, nie w porę,
w razie potrzeby wykaż błąd,
poucz, podnieś na duchu z całą
cierpliwością, ilekroć nauczasz"
(2 Tm 4,2).
I bardzo słusznie.
Ale wiadomo również, że roztropność
jest królową cnót. I że nie
zawsze mamy w sobie na tyle Bożego
światła, by wiedzieć, jak w konkretnych
sytuacjach te prawdy pogodzić,
lepiej: połączyć. Wiadomo, że bez
prawdy nasz świat zginie i że to
jej poznanie - wyzwala (J 8,32).
Ale bywało
już w historii, że prawdą
zabijano. Bo prawda jest na pewno
dobrem, ale człowiek jest na pewno
grzesznikiem.
Chcemy rozróżniać
między prawdą (skarbem) a nami-grzesznikami
(glinianymi naczyniami). Chcemy i potrafimy
to robić. Ale w praktyce grozi nam
triumfalizm i mylenie skarbu z naczyniem.
Niestety, podobnie jak miłość -
pycha niejedno ma imię.
Jesteśmy
grzeszni, po prostu. Broniąc prawdy,
wpuszczamy diabła boczną furtką:
budzi się w nas mały inkwizytor.
Widać to w ostrości naszych
reakcji na uwagi tych, którzy się
odważają nas nie rozumieć bądź
stawiać nam naiwne albo przewrotne (naszym
zdaniem) pytania. Widać to w potępieniach,
którymi rozrzutnie szafujemy. Z zaciśniętymi
ustami "mających rację" i walczących
w słusznej sprawie strzeżemy
prawdy przed zakusami
zsekularyzowanego świata...
Oto pokusa,
której grzeszna realizacja w zamierzeniach
szatana ma zdyskredytować prawdę w oczach
świata. O. Hryniewicz przestrzega
jeszcze przed tym, "że może
istnieć tak zachłanna troska o siebie,
która prowadzi do samozatraty:
"Bo kto chce zachować swoje życie,
straci je; a kto straci swe życie z powodu
Mnie i Ewangelii, ten je zachowa (Mk
8,35)"[27]. I zaczyna się
piekielny kołowrót: narcyzm, małostkowość,
pogarda, warcholstwo, podziały. Sądzę,
że zadaniem teologii-prorokini jest
o tym przypominać. Upominać,
przestrzegać.
Nie wolno nam
deklaracją wywoływać wojny
religijnej. Nie wolno nam
kunktatorsko rezygnować z prawdy,
ale też nie wolno "używać"
jej jako taranu przeciw człowiekowi.
Bez euforii i paniki. Głosić i rozumieć;
rozmawiać i szukać. Pokornie i cierpliwie.
Więc jeśli
chrystocentryzm soteriologiczny jest
naprawdę, to znaczy jeśli jest on
prawdą naszego umysłu i serca, to
trzeba się nam również, głosząc
go, zachować na Jezusowy sposób, w stylu
Jego uczniów. Bez zaciśniętych
warg i zwężonych źrenic, bez
strzelania słowami, które
nieuleczalnie zranią. Wierząc Bogu
Jezusa Chrystusa, to znaczy ufając
mocy kenozy, czyli sile bezbronnej
prawdy, która skutecznie przekonuje
do siebie wówczas, gdy jest czyniona
w miłości.
Przypisy
1 Por. wstęp
redakcyjny do 1 Tm w Biblii Tysiąclecia
(Poznań - Warszawa 1984, s. 1346.
2 G. L. Mueller,
Chrystologia - nauka o Jezusie
Chrystusie. Podręcznik teologii
dogmatycznej, traktat V, red. W.
Beinert, tłum. W. Szymona, Kraków
1998, s. 156-157.
3 Tamże, s. 156.
4 Por. J. Danielou, Bóg
i my, tłum. A. Urbanowicz, Kraków
1965, s. 62.
5 Polska edycja:
Wydawnictwo "Pallotinum",
Poznań 2000.
6 Jan Paweł II, Przemówienie
przed modlitwą "Anioł Pański",
01.10.2000, "Tygodnik Powszechny",
2000 nr 41(2674), s. 2.
7 Ekumenizm drogą Kościoła,
tłum. W. Pięciak, "Tygodnik
Powszechny", 2000, nr 41(2674),
s. 11.
8 H. Seweryniak, Nasza
wiara, nasze zakłopotanie, "Więź",
43(2000), nr 10(504), s. 7.
9 Mueller, dz. cyt., s. 277,
281.
10 T. Węcławski, Głoś
naukę, "Gość Niedzielny",
2000, nr 39, s. 10.
11 A. Nossol, homilia
wygłoszona w KUL 6 listopada 2000 r.:
"nigdy dość przypominania, że
Prawda objawiona, która ostatecznie
jest Prawdą osobową, bo na imię
jej Jezus Chrystus, nas bierze w
posiadanie". J. Salij, Pana
Jezusa traktuje się poważnie. O
deklaracji Dominus Iesus Kongregacji
Nauki Wiary rozmawiają G. Górny, M.
Przeciszewski, J. Salij, P. Kozacki,
"W drodze", 2000, nr 10(326),
s. 24.
12 Fragment ten autorzy
deklaracji żywcem spisują z
konstytucji Gaudium et spes II Soboru
Watykańskiego (KDK 22).
13 Por. A. Pacholski,
Zawłaszczanie Objawienia, "Gazeta
Wyborcza", 14 IX 2000, s. 14-15.
14 Por. C. S. Bartnik,
Historia ludzka i Chrystus, Katowice
1987, s. 152-156.
15 J. Ratzinger, Prawda
w Chrystusie, tłum. P. Dardziński,
"Azymut", 2000, nr 11(32),
s. 2 (za: "Die Tagespost",
2000 nr 36; 9 IX 2000).
16 Tamże.
17 Ratzinger, art. cyt.,
s. 2.
18 Pacholski, art. cyt.,
s. 14.
19 Ratzinger, art. cyt.,
s. 2.
20 "Okazuje się
bowiem, że we współczesnym świecie
ta prawda nie bardzo funkcjonuje mimo
Wielkiego Jubileuszu, który wszyscy
uroczyście obchodzą". (...)
Kontestacja tej prawdy świadczy wyłącznie
o tym, że zarówno dziennikarze, jak
i sami ludzie Kościoła nie znają
albo zapomnieli, jakie są podstawowe
prawdy wiary chrześcijańskiej".
M. Przeciszewski, Pana Jezusa..., s. 25,17.
21 W. Hryniewicz, Niepojęty
Bóg, "Tygodnik Powszechny",
2000 nr 41(2674), s. 10.
22 Ratzinger, art. cyt.,
s. 1.
23 Salij, Pana Jezusa...,
s. 19.
24 Kasper, art. cyt., s. 11.
25 Przeciszewski, Pana
Jezusa..., s. 18,27.
26 J. Turnau, b.t.,
"Gazeta Wyborcza", 9-10 IX
2000, s. 25.
27 Hryniewicz, art. cyt.,
s. 10.